Rzuciłem papierami
W końcu przestanę gadać o zwolnieniu się z pracy, bo już to zrobiłem. Złożyłem wypowiedzenie.
Nie było tak trudno jak się spodziewałem. Szefostwo jest chyba do tego już przyzwyczajone, bo udają, że nic się nie dzieje. A zostawiam ich w sytuacji, w której przy projekcie z terminem oddania na czerwiec zostanie tylko jedna osoba. Także zakładam, że w głębi duszy są trochę obsrani, przynajmniej ci, którym jeszcze zależy.
Od momentu poinformowania o mojej decyzji minęły już dwa tygodnie. Przez ten czas miałem kilka momentów zawahania i wątpliwości, ale były one przykryte - jak i z resztą też przed wypowiedzeniem - całą masą wad, które utwierdzały mnie w przekonaniu, że zrobiłem dobrze. W końcu niemal pięć lat w jednym miejscu to już kawał życia, który dał mi sporo doświadczenia i dobry wpis do CV. Niestety - i to też był dla mnie argument za odejściem - doświadczenie to w ostatnim czasie już jakby nie przyrastało. Popadłem w tej pracy w stagnację, której nie znoszę. Znam to też z relacji innych osób, które podjęły podobną decyzję przede mną i oni wszyscy wspominają o znudzeniu, ograniczaniu i ujmowanie kompetencjom. Z mojej strony muszę wspomnieć też, że pomimo klepania nudnych, powtarzalnych i mało kreatywnych zadań, stale odwraca się kota ogonem tak, by szeregowy pracownik wyszedł na winnego za całe problemy z projektem. Jest na to nawet jakieś określenie po angielsku.
W ostatnich miesiącach zacząłem myśleć o tych wszystkich memach i dyskusjach na temat pracy w korporacji. Moja firma niby zatrudnia tylko około 30 osób, ale większość negatywów korporacji... Jakby tutaj pasuje. Przede wszystkim pasuje nieszczerość w kontaktach międzyludzkich. Ma to podwójne oblicze: w dyskusjach zawodowych i dyskusjach prywatnych.
Nieszczerość dyskusji zawodowych polega na ciągłym lawirowaniu w sferze swoich interesów. Pracownik nie przyzna się, że jest prześladowany lub ktoś mu po prostu przeszkadza, bo nie chce robić sobie wrogów. Napięcie powstałe w związku z tą wstrzemięźliwością musi znaleźć gdzieś ujście i znajduje najczęściej w zachowaniach pasywno-agresywnych: krzywych minach, braku życzliwości. W skrajnych przypadkach pracownikowi, który nie czuje się dobrze w swoim miejscu pracy po prostu przestaje zależeć na powodzeniu firmy i trwa w takiej boleści życia aż nie podejmie decyzji o zwolnieniu.
U mnie dokładnie tak to wyglądało. Były do mnie zarzuty i ja miałem zarzuty do innych. Nie chciałem mimo to czepiać się, zgłaszać uwag do góry, bo ktoś miałby przeze mnie problemy. Nie było też nigdy miejsca na dyskusje w cztery oczy z osobami, z którymi popadłem w jakiś konflikt. Te konflikty są maleńkie, ale i tak nie było nigdy czasu na ich rozwiązanie, a nawet jak już wyciągnąłem rękę to zderzałem się z oburzeniem i niskim poczuciem własnej wartości, co powodowało, że każdy komentarz dla adresata wydawał się dla niego jak cios w serce. Zwykle w tle jest też uderzanie w kierownictwo (tzn. odklejka zarządu od realnego funkcjonowania firmy i jej problemów), a niektórzy ludzie po prostu nie są w stanie kierownictwu nic zarzucić. Z kredytem czy dzieckiem na głowie lęk o utratę pracy musi być potężny.
Nieszczerość dostrzegam też w sferze prywatnej, lub może... półprywatnej. Chodzi o rozmowy w kuchni, na lunchu, gdzieś na korytarzu czy przed biurkami w międzyczasie. Moja firma opiera się w dużej mierze na projektach wskazujących na pewien luksus. Nie może być on jednak bogactwem w stylu arabskim czy rosyjskim. Nawet jeśli funkcja teoretycznie nie sugeruje nic związanego z luksusem, to szef po prostu nie umie wejść w umysł przeciętnego człowieka, który nie pławiłby się w rozkoszach konsumpcjonizmu dla intelektualistów. Z tego względu też większość pracowników albo już jest podobna do niego z natury, albo zaczyna udawać, że taka jest. Tym pierwszym jest dużo łatwiej. Oni udają tylko trochę, bo w końcu pracują w architekturze, więc pieniędzy na luksusowe życie po prostu nie mają. Drudzy kręcą, że byli tu i tam (najlepiej w Szwajcarii), że gardzą dożynkami i karczmą, że ich ulubiony architekt to David Chipperfield, i że słoma im wcale z butów nie wystaje.
Da się jednak w tym wszystkim odczuć sztuczność. Sztuczność momentami tak potężną, że aż skręca i wypowiedzenie jakby już pisało się samo. Kłamstwo zawsze wyjdzie na wierzch. Prawdziwy gust człowieka zawsze wyjdzie na wierzch. I lęku przed wygłupieniem się przed szefem "bo nie jesteśmy wystarczająco wyrafinowani" też nie da się ukryć. O tym jak krzywdzący wpływ to ma na zadania, na wydajność projektowania, na angażowanie wszystkich członków z zespołu w proces... Nawet nie mam siły już wspominać.
Muszę przyznać, że cały ten czas (który mniej-wiecej pokrywa się też z życiem w Katowicach) zleciał mi dosyć szybko. Nie bardzo szybko, ale jednak jak o tym myślę to szokuje mnie, że od świeżego absolwenta ze znikomą wiedzą o życiu w tym czasie stałem się chłopem, który już w zasadzie ogarnia co i jak. Mieszkanie z partnerką bardzo w tym pomaga. I ona też nauczyła się mnóstwa rzeczy.
W listopadzie jeszcze nie będę podejmował żadnych kroków w związku z nową pracą. W grudniu zacznę dokładniej wnikać w temat, a w styczniu (w większości wolnym, bo dni urlopu mam tyle, że w pracy zagoszczę może na kilka dni) zacznę rozsyłać swoje CV i portfolio. Bazę firm, w których mógłbym pracować już mam przygotowaną. Uzupełniam ją od ponad roku. Tak, ponad rok temu zacząłem na poważnie myśleć o odejściu. I uwolnić się od tego wszystkiego to jak zrzucić ciężki plecak po podróży, jak uwolnić się z kajdan, jak móc w końcu odetchnąć pełną piersią. Takie tam.
Komentarze
Prześlij komentarz