Otrząśnij się bądź sobą
Mam ciągłe, niezmienne poczucie, że tkwi we mnie wielki potencjał. Nie wiem tak naprawdę do czego. Może do architektury? Mógłbym być świetnym architektem. Może do sztuki? Może do grafiki? Już od trzydziestu bez mała lat to przeświadczenie we mnie tkwi. I nigdy nie nadszedł choć cień zapowiadającego się potwierdzenia, jakiegoś przełomu, który pokazałby mi, że ten potencjał właśnie zaczął się uwalniać. I mimo to nadal wierzę. Jakby gwiazdy układały się coraz to bardziej w moją magiczną konstelację. Jak już się ułożą, wtedy to będę miał siłę, pewność siebie i motywację do pracy oraz szacunek ze strony innych osób.
Może właśnie... coś lekko drgnęło? Z wiekiem moje otoczenie też dojrzewa, bo przecież nie zadaję się już z nastolatkami, dla których lans jest największym autorytetem. I jakby w tym właśnie starzejącym się środowisku coraz bardziej ja sam zyskuję w oczach ludzi.
A może prawda jest zupełnie inna? Muszę tu przyznać się do moich innych podejrzeń, które wydają mi się mocno prawdopodobne, a których na pewno jeszcze nigdy tutaj na blogu nie przekazałem.
Po prostu mam dobrą samoocenę. I taką zawsze miałem. Natomiast moje liczne momenty załamania to po prostu ciężar obcowania w ciągłym konflikcie z ludźmi, którzy są zupełnie inni niż ja i za wszelką cenę chcą postawić na swoim. Dlaczego tak wiele osób ma tak słabą zdolność do porozumienia? Dlaczego wszystko musi być dla nich zero-jedynkowe i jak się nie zgadzasz to zasługujesz na poniżenie z ich strony? Szkoda, że takich ludzi nie kopie się prądem za każdym razem jak palną jakąś głupotę, przez którą inni, łagodniejsi, bardziej skłonni do dialogu ludzie czują się jak śmieci.
Z resztą z takimi właśnie dyplomatycznymi, pełnymi przemyśleń, myślącymi na chłodno osobami utrzymuję najlepszy kontakt. Ci dla mnie najbliżsi, z którymi znajomość trwa niezmiennie już od wielu lat, i których bez wahania zaproszę na własne wesele, są po prostu niesamowicie otwarci, skłonni do porozumienia i pełni szacunku nawet do przypadkowych ludzi, z którymi styczność będą mieć raz w życiu w trywialnej sytuacji życiowej jak wizyta w sklepie. Z resztą utwierdziłem się ostatnio w tym przekonaniu, gdy moi przyjaciele, którzy dotychczas się ze sobą nie znali, finalnie się spotkali. I nie było żadnych konfliktów, tylko same koleżeńskie, pełne uprzejmości rozmowy.
Cieszę się, że presją przynależności do grupy mnie w ogóle nie dotyczy. Nie mam potrzeby być jak inni, nie muszę być modny, nie muszę latać tam gdzie oni na wakacje. Nasze mieszkanie wygląda bardzo oryginalnie. Nie jestem politycznym plemiennikiem, nie wyzywam wegan od zjebów. Mój samochód jest słodkim żuczkiem, a nie dojebanym SUVem w leasingu.
Najbliżsi mi ludzie też idą własną ścieżką. Są sobą. I to jest w nich wspaniałe.
Komentarze
Prześlij komentarz