Stworzonko
Gdzie jest moje "ja"? Gdzieś w głowie, gdzieś w mózgu. Ale gdzie konkretnie w tym mózgu? Cały mózg, czy jakiś jego fragment? Gdzie leży ta "świadomość"? Kiedy próbuję o tym pomyśleć, skupić się jakoś na swojej głowie, to nie dochodzę do żadnej konkluzji. Czuję się sobą czasami w całym mózgu, a czasami w jego części, ale zawsze w innej.
Naprawdę chciałbym wziąć jakieś substancje psychoaktywne, które pokazałyby mi coś nowego, wprowadziłyby mnie w jakiś odmienny stan świadomości, żeby dowiedzieć się o sobie czegoś więcej w taki naprawdę dosadny, przekonywujący sposób. Jednocześnie boję się jak cholernie niezdrowe może to być, i że po jednym epizodzie z taką substancją mogę stracić jakąś część logicznego, uporządkowanego postrzegania rzeczywistości.
Ciekawe, że świadomość nie jest czymś zero-jedynkowym. Są różne stany świadomości: najwyższy zaobserwowany został u ludzi, niższe u naczelnych małp, jeszcze niższe u delfinów, kotów, psów i tak dalej. Wydaje się więc, że nie jest to żadna iskierka, którą nam nadano, tylko pewien element wykształcający się u złożonych, żywych organizmów "z automatu".
Interesuje mnie to teraz też ze względu na sztuczną inteligencję, której nie jesteśmy w stanie przypisać świadomości. A przynajmniej zdecydowana większość ludzi jest zdania, że to na razie po prostu algorytmy wykonujące polecenia. I że nawet jeśli maszyny starałyby się uniknąć wyłączenia, to nie traktowalibyśmy tego jako instynkt samozachowawczy podobny do naszego, tylko jako algorytm, którym jakiś człowiek zaprogramował to AI na przekór. Tylko czy jest to właściwe myślenie? Czy nasz instynkt samozachowawczy to też nie jest tylko algorytm? W końcu lekka zmiana chemii w organizmie (na przykład po zażyciu alkoholu) powoduje, że skłonność do ryzyka u wielu ludzi zdecydowanie wzrasta, a tym samym słabnie instynkt przetrwania.
Szkoda, że nie wiemy czym właściwie jest ta nasza czy po prostu zwierzęca "świadomość". Jeśli skupimy się na tym co nas ludzi wyróżnia, to chyba raczej nie jest to ten instynkt przetrwania, bo mają go nawet proste organizmy. Czy jest to więc postrzeganie siebie jako odrębnej jednostki, która potrafi kwestionować zastaną rzeczywistość, opierać się jej? Tylko... czy nie działamy zawsze z jakiegoś powodu, z jakiejś potrzeby - więc de facto nawet myśląc o buncie, buntując się, tak naprawdę robimy wszystko według "odgórnego planu"? A może nawet nie według odgórnego planu, tylko chaotycznego ciągu przyczyn i skutków, powstałego znikąd i zmierzającego donikąd.
Niektórych ludzi może to oburzać, ale tak naprawdę o wszystkim w naszym życiu decyduje chemia. Do organizmu stale dostarczamy lub dostarczane są obok nas, tudzież wbrew nam różne substancje, które pchają nas do określonych działań, stawiają nas w różnych sytuacjach. Czy mamy w ogóle wolną wolę? Nic, czego nas mózg by nie wyprodukował, żadna myśl nie powstała bez przyczyny.
Do napisania tego posta skłonił mnie ciąg przyczyn i skutków, którego przebieg mogę wyznaczyć. Ten przebieg w pełni prowadzi aż do moich narodzin, ale kilkadziesiąt ostatnich, najnowszych punktów mogę wyznaczyć bez problemu.
Jest sobota, dzień w którym nie pracuję, więc mam sporo czasu na własne aktywności. W ciągu dnia miałem potrzebę dotlenienia, wynikającą ze specyfiki mojej pracy, w której tego zewnętrznego świata i natury po prostu brakuje. Zatem wyszedłem na dwór. Gdy minęło trochę czasu i nasyciłem się tą aktywnością, wróciłem do domu. Długi wysiłek spowodował, że poczułem głód, więc zjadłem obiad. Po satysfakcjonującym wysiłku fizycznym i dużym obiedzie zechciałem odpocząć w inny sposób, statecznie, przed komputerem (rutyna). Zaplanowałem sobie kilka rzeczy do zrobienia na komputerze, na przykład obejrzenie odcinka pewnego serialu - bo akurat wyszedł nowy odcinek. Pomyślałem, że zanim to zrobię, muszę na to "zasłużyć". Myślę w ten sposób, bo wyrobiłem w sobie taką rutynę, powstałą dlatego, że za każdym razem nagroda przychodziła po określonym wysiłku. Dzisiaj spacer nie dał mi poczucia, że zrobiłem coś, co mi się przyda, co mi coś ułatwi w przyszłości. Takimi rzeczami może być sprzątanie, zmywanie garów, wyrzucanie śmieci. Po prostu rytuały dnia codziennego, o których jak zapominałem - to potem byłem zły, bo w bardziej zajęte dni musiałem wykonywać jeszcze dodatkowo takie męczące aktywności. Stąd ta rutyna, to poczucie, że przyjemność musi pojawić się dopiero po wysiłku. I teraz tym wysiłkiem, który da mi satysfakcję i odblokuje drogę do przyjemności jest pisanie posta.
PS. Nie robię podsumowania roku. Nie uznaję granicy kalendarza na 31-tym grudnia.
Zabieram się do oglądania serialu.
Komentarze
Prześlij komentarz