Korzenie
Moim standardowym rytuałem stało się pisanie w podróży. Dopiero w takich chwilach czuję, że mam coś do powiedzenia, ale mam w też czas na przemyślenie wielu rzeczy. To taka moja medytacja. Bardzo potrzebne są takie momenty, bo - podobnie jak sen - pozwalają ułożyć sobie wiele rzeczy w głowie. Kiedyś to zagadnienie w ogóle dla mnie nie istniało, a teraz jest niesamowicie ważne. Może to kwestia utraty pewnej klarowności myślenia wraz z postępującym wiekiem? A może po prostu świeżej świadomości, że umysł potrafi pracować zdecydowanie inaczej, kiedy nie czujemy się chorzy lub zmęczeni?
Z biegiem lat coraz mocniej czuję się połączony z naturą, z moim ciałem, biologią i pogodą. Jestem świadomy każdego swojego stawu, w końcu nieraz mi już strzelały. Wiem co to migrena, wiem co to nocne skurcze, wiem co to przewlekły katar. Lubię wygodne buty, zdrowe dla oczu kolory. Kocham czuć wiatr na skórze i ciepłe promienie słońca, które zmieniają wygląd każdego miejsca. Chodzenie byle gdzie, oglądanie byle czego, czucie kamienia pod stopami, gubienie się i odnajdywanie - to moje ulubione na świecie czynności. Kocham tą wolność, po prostu tak wyjść, bez niczego, co najwyżej z piciem na wszelki wypadek. Ile bym dał by pozbyć się jeszcze tego konsumpcjonizmu. Żeby być taki zdrowy, taki czysty i piękny. Jak muzyka Dylana (wiem że się powtarzam) - taki ziemisty, powietrzny, kwaśny, gorzki i słony jednocześnie. Naprawdę, nie rozumiem czemu fanów jego muzyki jest tak mało, jak pieknie przyziemna, a przy tym wzniosła ona jest.
O czym ja tam... A tak. Natura. Może jutro pobiegam. Tak długo. Po Lublinie. Popatrzę na te torcikowe kamienice, na te normatywne bloki z dwóch segmentów. Te zupełnie inne powietrze i nawet jakby inna zieleń...
Komentarze
Prześlij komentarz