Rezolutna i Pomyślny
Wracam znowu po dłuższej chwili. Nie jest łatwo zebrać się do bloga, gdy mam tak mało czasu. A jeśli już znajdę chwilę, to zwykle wolę ją zużyć na jakiś prosty odpoczynek, żeby zebrać siłę na kolejny intensywny dzień. Poza tym główna odbiorczyni moich przemyśleń jest zaraz obok mnie, codziennie...
W naszym życiu sporo się pozmieniało. Można powiedzieć, że nawet bardzo dużo. Tak dużo, w tak krótkim czasie nie zmieniło się jeszcze nigdy, przez całe moje życie. Chociaż cały ten intensywny proces przemian się jeszcze nie zakończył, to już mogę powiedzieć, że ogólnie nasze skromne żyćko układa się naprawdę naprawdę naprawdę pozytywnie...
Jesteśmy po zaręczynach. Bardzo pięknych i wyjątkowych - jak wiele rzeczy w naszym wspólnym życiu.
Byliśmy we Włoszech już czwarty dzień. Oświadczyłem się w Classe, obok Rawenny, pod kościółkiem, na krówkowym polu. Była akurat trochę luźniejsza chwila, swobodniejszy, pozytywny nastrój, ładna pogoda, miejsce ustronne... Idealnie by to zrobić akurat tam, w tamtej chwili. A myślałem bardzo długo, i nosiłem ten pierścionek w torbie, miętoliłem go i bałem się, że się przez to poniszczy... Szukałem tego idealnego miejsca, takiego które nie byłoby zbyt przegadane, przeciętne, zbyt tłoczne, ale też nie zbyt odludne. Takie, do którego moglibyśmy wrócić po latach, lecz z lekkim wysiłkiem, żeby nie był to tylko przejazd, ale świadomy, sentymentalny powrót.
Moja ukochana jeszcze-wtedy-tylko-dziewczyna zareagowała tak jak myślałem, że zareaguje. Znamy się jak łyse krowy i właśnie też przez takie reakcje bardzo ją kocham... Wybuchła płaczem, dziękowała mi, mówiła jaka to wspaniała chwila. Czułem to samo i czuję od dawna, że nasza relacja jest czymś najlepszym na świecie, prawdziwą, szczerą miłością, bez żadnego fałszu. Miłość skromnych, łagodnych ludzi. Mimo to wiem, że jesteśmy też niesamowicie wyjątkowi. Jesteśmy podobni na tej zasadzie, że żywię przekonanie o naszej wewnętrznej tajemnicy, o której my oboje nawzajem wiemy w pełni, ale do której mało kto z zewnątrz ma jeszcze dostęp. A jak już ten dostęp ma, to tylko częściowy. Coś podejrzewają, podchodzą, zagadują, wypytują, trochę się nawet troszczą i angażują w różne sytuacje... A my to doceniamy najbardziej w świecie.
Pierścionek zakupiłem u Pana Romana, w jego małym lokaliku na parterze kamieniczki. Po Panu Romanie już na pierwszy rzut oka było czuć, że jest bardzo doświadczony i że naprawdę pasjonuje go to, co robi. Czasami podchodziła do mnie też jego córka, której tata stara się przekazać fach. Ta dziewczyna właśnie pokazała mi po raz pierwszy rosyjski pierścionek z szafirem, a kiedy Pan Roman zaproponował mi wymianę go na ametyst, wiedziałem że to jest już to. Słonko parę miesięcy wcześniej kazała mi oświadczyć się rosyjskim pierścionkiem z ametystem. I co innego mógłbym wybrać? Lubię sobie układać w głowie pewne miejsca tak, jakby były specjalnie i symboliczne. Zakład jubilerski Pana Romana stał się w ostatnich miesiącach jednym z takich szczególnych punktów.
Tych punktów trafiło się bardzo dużo... W samych Włoszech przez tydzień dotarliśmy w tak piękne, tak wyjątkowe i sympatyczne miejsca, że żal do nich kiedyś nie powrócić. Rynek w Bolonii, kamieniczka w której nocowaliśmy w Rawennie, knajpka gdzie chyba z pięć razy piliśmy kawę i jedliśmy ciastka, to tylko kilka z nich. Trochę mi nawet smutno na myśl, że pewnie do większości, a może i do wszystkich z nich pewnie już nigdy nie wrócimy, bo Włochy mają po prostu zbyt dużo innych, ciekawych miejsc do zaoferowania. Musimy wybierać, gdzie udać się w dalszej kolejności, żeby w ciągu tego krótkiego życia zobaczyć jak najwięcej.
Wycieczkę tę planowałem już od stycznia, a może i grudnia. Wyjazd specjalnie z myślą o zaręczynach. Wyszło trochę dziwnie blisko poprzedniego wyjazdu nad polskie morze. Zwykle nie robimy tak często wycieczek, żeby nie wydawać zbyt dużo pieniędzy i żeby czuć, że naprawdę zasłużyliśmy na kolejny wyjazd. Jednak propozycja wyjazdu nad morze pojawiła się trochę później i nie chcieliśmy zmieniać planów. Ja na pewno nie chciałem, bo najważniejszą datę wybrałem skrupulatnie...
Wszystko co opisałem powyżej to tak naprawdę początek tego, co nas spotkało w te burzliwe dwa miesiące. A. przeszła też przez bardzo intensywny proces wykańczania dyplomu magisterskiego, który zabrał jej kilka nocy, a dni w całości tak dużo, że smutno mi było, że tak mało ją widuję w domu. W końcu, po tym całym trudnym, stresującym czasie złożyła pracę pisemną i dostała ocenę celującą. Nie miałem wątpliwości, że tak będzie. Byłem razem z moją mimunią bardzo szczęśliwy, że ta część wyszła tak świetnie, i że jest już zamknięta.
Znam schemat składania dyplomu, i wiedziałem że po pracy pisemnej będzie chwila oddechu, ale potem przyjdzie jeszcze kolejny stres, związany z obroną. A. miała trudniej tym bardziej, że postanowiła bronić się w galerii sztuki, nie na uczelni, jak robi to większość osób. W związku z tym proces przewożenia, aranżacji wystawy, montażu instalacji zajął dużo czasu, i zjadł sporo nerwów. Niektóre obrazy był tak duże, że nie mogliśmy przewieźć ich autem i trzeba było nosić je na głowie z ASP do galerii jak mróweczki... Moja mimunia oczywiście od razu zauważyła tę analogię, i też za to ją kocham. Chociaż dotychczas myślałem, że jesteśmy pszczółkami...
Dyplom obronić się już udało i to najlepiej na całym świecie. Ludzi na obronę przyszło dużo: rodzina, koledzy, koleżanki, profesorowie. Po wszystkim pojawiły się komentarze, że to była najlepsza merytorycznie obrona dyplomu w tamtym miejscu. Naprawdę było świetnie, bez zająknięcia, bez nadęcia, z należytą powagą, ale też luźniejszym i trochę śmiesznym momentem na końcu. Poza tym mały berbeć biegał po sali... Kurcze, czy ktoś doświadczył wcześniej, by na jego obronie radośnie hasał po sali mały chłopiec w pomarańczowym sweterku?
Jestem naprawdę niesamowicie dumny z mojej narzeczonej. Kosztowało ją to wiele wysiłku i nerwów, ale opłacało się. Taki wysiłek się opłaca, wiedziałem to, i radziłem jej by starała się jak może. Wiedziałem, że się postara, pewnie trochę za późno, przez co będzie zarywać noc za nocą. Tak faktycznie było, ale się udało doprowadzić całą tą sytuację do końca w świetnej formie.
To jeszcze nie koniec newsów. Kupiliśmy - a w zasadzie to moja mama kupiła - mieszkanie. Wprowadzimy się do niego za miesiąc, może za dwa, bo w tym momencie trwa tam remont łazienki oraz kuchni. Przez to, że proces ten nakładał się po części na pracę nad dyplomem magisterskim mojej mimuni, starałem się jak najwięcej obowiązków przejąć w tej kwestii na siebie. Poza tym to bardziej moja sprawa, bo jestem związany formalnościami z moją mamą. Bardzo dziękuję mamie, że zabezpieczyła naszą przyszłość. Mam u niej dług wdzięczności (finansowy z resztą też).
Jak skończy się ten cały mozolny proces remontu i będziemy mieć naprawdę ładne i wygodne mieszkanko, to w końcu odpoczniemy. Będziemy siedzieć przy swoich biureczkach, na balkoniku, będziemy myć razem ząbki przy wielkim lustrze, będziemy robić sobie śniadanko w wygodnej kuchni i pryskać olejem na płytki lastryko, na którym nie widać brudu, bo i tak są już w ciapki. Nakupimy mebelków z targu staroci jak głupi. Przede wszystkim jednak nie będziemy się już źle czuć z tym, że dbamy o mieszkanie, bo nie zrobimy tego dla żadnej obcej baby, tylko dla siebie.
Na ten moment pojawia się komplikacja za komplikacją. Musiałem się zderzyć z ogromną liczbą problemów, które pojawiają się zawsze wtedy, gdy myślałem, że sytuacja się już stabilizuje. W końcu jednak te komplikacje się zakończą, a my będziemy dojrzalsi o całe te doświadczenia. Już teraz czuję się innym człowiekiem niż kilka miesięcy temu. Jestem przekonany, że tak samo ma moja narzeczona, miłość mojego życia.
Nie ma mnie tu często, ale myślę, że z tym natłokiem wydarzeń pod koniec roku znowu będę miał o czym pisać i tutaj wpadnę.
Komentarze
Prześlij komentarz