Ojciec

Jadę właśnie do Lublina. Zwykle piszę w takich momentach posta- i dzisiaj też naszła mnie taka myśl - tym razem jednak akurat bardzo późno.
Mam dziwny czas z blogiem. Trochę zapominam o tym miejscu, mimo że jak sobie o nim przypomnę, to znowu jest dla mnie ważny. Na pewno nigdy nie myślałem o jego zamknięciu. Uważam, że za jakiś czas znowu będę postowal często i regularnie, po prostu musi przyjść odpowiedni moment. Może muszę wpaść w jakąś rutynę? Rutyna zwykle jest najważniejsza w takich sytuacjach. Nie ma pstryknięcia palca, jest tylko rutyna i wydarzenia, które pomagają by ta rutyna się wytworzyła.
Może teraz straciłem też poczucie, że jest jakiś odbiorca tych słów. Mój jedyny stały czytelnik jest teraz ze mną w domu, gdzie dzielimy się wszystkim. Jest to najwspanialsze, cudowne wręcz, filmowe i bajkowe, że poznaliśmy się właśnie dzięki tej stronce. Jeszcze w domenie sebastianero, heh. Obecna nazwa jest bardzo randomowa, miała taka być...
Wiadomo, tutaj pojawiają się też trochę inne, trochę poboczne, a trochę takie z głębi duszy rzeczy, które czasami nie wybrzmiewają w rozmowie (albo nie widzę sensu by wybrzmiały), lecz gdy przypomnę sobie co pisałem kiedyś, to odnoszę wrażenie, że była to po prostu taka spłuczka myśli. Nie miałem się komu wygadać, po prostu nie miałem tego wszystkiego gdzie indziej z siebie wyrzucić. Smutne trochę.
I zacząłem wspominać swoje nastoletnie lata. A teraz dzieciństwo. Dzieciństwa nie miałem za fajnego. Niestety, jakkolwiek bym na nie spojrzał, jakkolwiek skromnej perspektywy skrzywdzonej osoby bym nie przyjął, pierwszych lat mojego życia nie będę uważał za zbyt pozytywnych. 
Byliśmy biedni, bardzo biedni. Mama o nas szalenie dbała, ale gdy nie ma pieniędzy, a osób do podziału tych zaskórniaków sporo, acdo tego drugi rodzic bardziej szkodzi niż pomaga, to nawet największa troską tej jednej osoby nie wystarczy. 
Kolegów przyprowadziłem do siebie na podwórko w Lubartowie tylko raz. Wstydziłem się. Dokładnie pamiętam ten wstyd. I wstyd urósł po tym, jak już zamknąłem za nimi furtkę. Nic nie pękło, balon wstydu tylko urósł. Bałem się nawet chodzić po całym podwórku. Bałem się wypatrzenia, że ktoś ze szkoły mnie zauważy i dowie się, że tam właśnie mieszkam. 
Jakie ciekawe, że teraz chcę postawić dom jak ten w Lubartowie. Tylko oczywiście lepszy, doskonały. I z takimi samymi meblami z PRL-u, tylko bez krzywych drzwi i słabych magnesów. I bez przeciekającego dachu, bez krzywej podłogi. 
Dla synów ojciec zawsze będzie jakimś punktem odniesienia. Wiemy, że możemy kiedyś być podobni. W końcu i tak zwykle bywa, że z biegiem lat widzimy w sobie coraz więcej jego cech. I ja też widzę cechy swojego ojca, a nawet przez pryzmat samego siebie czasami olśniewa mnie, i przywracają się jakieś zatracone wspomnienia, bo przypominam sobie, że on był właśnie taki, jakim ja się stałem. Samo lustro zaskakuje mnie coraz bardziej, bo widzę tam jego twarz. Im jestem chudszy, tym coraz bardziej upodabniam się do ojca. Pamiętam sporo wydarzeń z lat kiedy jeszcze był zdrowy, ale wygląd najsilniej utrwalił mi się w głowie właśnie z ostatnich miesięcy jego życia, gdy wyglądał jak wieszak na ubranie. 
Czy ja jakoś wypieram wspomnienia o chorobie ojca? Dziwne, że to jak gasł w oczach utrwaliło mi się w głowie tylko pod kątem jego wyglądu. Nie pamiętam by słabł jego charakter. Zawsze był taki, że siedział, zamyślał się, i w powietrzu wisiało napięcie.
Mama powiedziała mi, że ostatnimi jego słowami w szpitalu było "przepraszam". 

Komentarze