Dom biały jak gołąb

Przerwa między postami chyba jeszcze nigdy nie była tak długa. Powiem szczerze, że na śmierć zapomniałem o blogu. No może poza kilkoma krótkimi chwilami zaskakujących przebłysków przypomnienia, kiedy jednak tak niefortunnie składało się, że byłem najbardziej zapracowany i nie miałem czasu.

Teraz wracam, i przyznam, że naprawdę nie wiem o czym mówić. Blog, który wcześniej pełnił rolę mojego nośnika wspomnień, teraz stał się raczej czymś podrzędnym, drugoplanowym. Wspomnienia trzymam na zdjęciach, filmach, w notatkach. Nie chcę być pompatyczny, ale wspomnienia przechowują też w... pamięci mojej ukochanej. Ona wszystko lepiej pamięta, szczególnie jak coś niesie ze sobą ładunek emocjonalny. A na zapamiętaniu takich momentów chyba zależy nam najmocniej.

Życie, mimo że toczy się bardzo intensywnie, to jednak stało się dosyć rutynowe. Nie jest to mimo wszystko chyba nic złego. W pracy jestem już dużo bardziej oswojony i spokojny, bo ostatnie miesiące dały mi mnóstwo świetnego doświadczenia, przez które wiem, jak naprawdę funkcjonuje na co dzień architekt. Wydaje mi się, że mój obecny tryb życia to po prostu już krok w dojrzałość. Odnajduję się w tym coraz lepiej. I dzięki nowemu doświadczeniu bardzo dużo myślę o możliwościach przyśpieszania pracy w moim zawodzie. W tej kwestii jest naprawdę dużo do poprawy, ponieważ zdarzają się sytuacje, kiedy po prostu sami podkładamy sobie kłody pod nogi przestarzałymi metodami. Poza tym, dużą uwagę zacząłem przywiązywać do praktyczności i ekonomiki rozwiązań. Tak właśnie chciałbym projektować: przede wszystkim mądrze, oszczędnie, z myślą o użytkowniku. Niestety, czasami trzeba walczyć z innymi, z ich ego, z ich dziwnym, wybujałym gustem. Gustem, który często nie wiem czy jest uzasadniony czymś więcej niż zapatrzeniem się w ekskluzywną architekturę na wakacjach w "romantycznym" kraju, gdzie jest więcej kasy niż w naszym.

Naprawdę bardzo chciałbym mieć własną firmę. I jednocześnie przeraża mnie to, bo nie wydaje mi się, żebym mógł z obecnym doświadczeniem przetrwać sam na rynku. Jeszcze kilka lat. Jeszcze kilka lat i będę mógł działać. Jara mnie perspektywa wdrażania własnych pomysłów, bez strachu przed odrzuceniem czegoś "bo tak". Sam postrzegam się jako osobę o niskim ego, uważam że potrafię docenić wkład innych i jestem otwarty na alternatywne pomysły. W bardziej otwartym zespole mógłbym pracować dużo pewniej, nie dusić się tak jak duszę się czasami teraz. Za to niektórzy- szczególnie ci z dłuższą drogą w zawodzie i osiągniętym przyzwoitym poziomem prestiżu bądź obdarzeni licznymi prestiżami- jakoś nie mogą się pogodzić z tym, że nie zawsze mają rację. Zdarza się, że nie mają racji wręcz wyjątkowo często jak na swoje doświadczenie. Czasami po prostu wychodzi, że nie mają talentu. Nie chcę w to wierzyć, ale tak to chyba musi być. Albo... (szukam jakiegoś uzasadnienia) zakochali się w sobie, w swojej próżności, stali się leniwi, i zgubili gdzieś swój pęd, żar i zapał. Tak musiało być. W małej skali widzę to też po sobie, gdy dłużej czymś się nie zajmuje. Dlatego też trochę ubolewam nad tym, że trudno jest mi wytrwać dłużej w nauce czegoś, kiedy nie jest mi to obecnie potrzebne do przetrwania. Muszę mieć nad sobą jakiegoś bata. Teraz jest nim szef, albo w skrócie cała firma. I zataczam teraz koło, bo wychodzi, że żeby się rozwijać muszę być w lekko opresyjnym środowisku.

Mimo wszystkiego, na co postarałem się teraz ponarzekać, życie obecnie mam naprawdę fajne. Jest jakoś tak spokojnie. Mam spokój duszy.

I jakoś coś napisałem. Ja to umiem popłynąć.

Komentarze