Post o nie wiem czym

Nie wiem czy kiedyś wspominałem jak wkurza mnie wyniosłość. Jadę własnie pociągiem, wracam do Katowic i siedzi przede mną para studentów. Studenci na pewno okulistyki, co łatwo stwierdzić, bo od czterech godzin pierdolą o swoich studiach. Nie są to głupie rzeczy, ale tak głośne i długie gadanie bez poszanowania towarzystwa innych ludzi świadczy z dużą dozą prawdopodobieństwa o byciu narcyzem, poczuciu bycia lepszym od innych i potrzebą chwalenia się wszystkim co się robi- bo wiadomo, że tacy ludzie mają się za dużo bardziej interesujących, inteligentnych i elokwentnych od wszystkich wokoło. Może i jest w nich inteligencji sporo, w końcu nie takie łatwe jest takie niebezpośrednie uświadamianie innych o swojej zajebistości. Ale ja ich przez to nie będę podziwiał. Ja nimi nawet trochę gardzę. W podobny sposób gardzę też kilkoma osobami ze swojej pracy. Mimo to, częściej jednak myślę, że ich lubię. Ludzie to są skomplikowane istoty. Ktoś może być największym chujem, ale i tak patrzę na niego z sympatią.

Miałem ostatnimi czasy sporo momentów załamania, nawet momenty krytyczne, kiedy to myślałem o pójściu na terapię. Powodem było głównie moje zdrowie, ból i wydatki związane z leczeniem. Typowo dla mnie, jeden taki aspekt przekładał się zaraz na całe tsunami obwiniania się za wszystko i traktowania swojego życia jak największe gówno. Dopisywałem sobie wtedy cały szereg dodatkowych nieprzyjemności jakie obecnie przeżywam, czy to w pracy, czy w rodzinie, czy w innych częściach ciała. Po krótkim czasie jednak wszystko to minęło, może nie w zupełności (bo nie wyleczyłem się jeszcze do końca), ale na pewno jest już dużo lepiej. Może to też kwestia przyzwyczajenia się? Zawsze myślę, że mój obecny stan będzie wieczny jak dialog tych dwóch studentów o gałkach ocznych, ale tak po prostu nigdy nie jest i nigdy nie będzie. Nie jestem w stanie załamywać się długo. Zawsze mam chociażby krótkie chwile, kiedy znajduję się w lepszym nastroju, po czym- gdy sytuacja nie pozwala mi na nic innego- wracam się dalej smucić. Mogę dzięki tym czasami dziwacznym zmianom nastroju trochę odetchnąć, znormalnieć, spojrzeć na wszystko z trochę innej perspektywy. I wtedy najbardziej zdaję sobie sprawę, że z moją psychiką jest raczej wszystko okej. W końcu smutek i obwinianie się zdarza się każdemu (albo prawie każdemu) i jeśli są uzasadnione (a uważam że u mnie są) to nie widzę powodu by podejrzewać u siebie jakieś zaburzenia. Trzeba być jednak świadomym czy te negatywne odczucia nie trwają zbyt długo, wbrew ogólnej sytuacji życiowej. 

Przedwiosenna aura budzi we mnie chęć, by wrócić do biegania. Bieganie to jedna z najwspanialszych czynności jakich kiedykolwiek doświadczyłem. Daje mi to niesamowite uczucie wolności, przekraczania własnych granic i ćwiczenia swojego organizmu. Wolność z tej trójki jest chyba jednak najważniejsza. Wolność, jaką czuję też podróżując jedynie z plecakiem, w którym mam parasolkę i bidon. Lubię być taki oczyszczony, nieskrępowany, nie nosić ze sobą tego całego bagażu - dosłownie i w przenośni. Mimo to, nawet uczucie wolności nie mogłoby mi towarzyszyć wiecznie. Przyzwyczajenie w zasadzie zawsze zrzuca mnie w jakieś odmęty i za wszelką cenę chcę wtedy coś zmienić. Myślę, że jednak nigdy nie będę mógł pozwolić sobie na tyle wolności, by mogła mi się znudzić. 

Komentarze