Życie na chybił-trafił

Ostatni post w tym roku. Przyznam, że nie było ich za wiele, ale jestem z nich zadowolony. Każdy dostarczył mi pewnej dawki spełnienia, wyrzucenia czegoś z siebie i w konsekwencji stworzenia czegoś ładnego. Bardzo lubię te uczucia. Nie wiem czy w ogóle każdy z osobna człowiek wie co to jest i czy czegoś takiego doświadczył. Może niektórzy po prostu tego nie potrzebują.

Jaki to był (i jeszcze przez chwilę jest) rok? Słaby. A raczej słabawo-średniawy. Większość z zeszłorocznych postanowień nie została zrealizowana, a przynajmniej nie w takim stopniu, w jakim bym sobie tego życzył.
Zaglądam teraz do posta, który napisałem 25 grudnia 2022 i przyznam, że trochę zgasł ten mój optymizm, jaki wówczas czułem. Przyszłość nie wydaje mi się już taka kolorowa jak zakładałem. Dlaczego? Dlatego, że minął kolejny rok i tak naprawdę zmieniło się niewiele. Moje umiejętności jako architekta znacząco wzrosły, to fakt, ale ostatnio mam też bardzo dużo wątpliwości czy to chcę tak naprawdę robić w dłuższej perspektywie.
Pochłonięty przedświąteczną magią odzywałem się do wielu znajomych, z którymi kontakt trochę przygasł. W Święta rozmawiałem też nawet wyjątkowo intensywnie z całą moją najbliższą rodziną. Dało mi to do zrozumienia, że ścieżka zawodowa architekta jest po prostu fatalna. Obowiązków jest mnóstwo, a pieniądze są, no cóż... żałosne. Nie słabe, tylko po prostu najzwyczajniej w świecie żałosne. Pracuję w jednej z najlepiej ocenianych i najpopularniejszych firm w tej branży w Polsce, a zarabiam psie pieniądze. Na leczenie zębów muszę wydać dosłownie dwie całe pensje, dwa pełne miesiące pracy, zapierdolu, nadganiania terminów, stresu, udręki i koordynacji wielobranżowej, która de facto oznacza, że wykonuję pracę za innych, bo niemożliwe, że mogą oni to zrobić w przyzwoitym poziomie (to nie jest wiara, to jest już wiedza, że pewni ludzie po prostu mają w dupie swoje obowiązki i wiedząc, że nie są za coś odpowiedzialni po prostu odpuszczają).
Boli, że wszyscy inni, także ci, którzy nie poszli na studia (a nawet nie skończyli szkoły średniej) zarabiają teraz lepiej ode mnie, czasami nawet 2-3 razy lepiej. Wielka szkoda, ale nie znam żadnego geniusza. Nie czuję się od nikogo głupszy, nie czuję się też mniej zmotywowany, mniej konsekwentny i mniej utalentowany. Architektura to jest po prostu fatalna, beznadziejna branża. Branża, nie pojęcie. Samo tworzenie czegoś pięknego i użytecznego, kreacja miasta, kreacja otoczenia człowieka są rzeczą wspaniałą i wiem, że się do tego nadaję. Ale nie przeskoczę tego, że praca w tym zawodzie nie wiąże się tylko z cudowną wyzwalającą kreatywnością, a z użeraniem, stresem i momentami pośpiechem tak wielkim, że wieczorem nic tylko się napić, żeby jakoś zbić z siebie to całe napięcie. 
Ostatnio widziałem post na pewnej grupie wyżaleń architektów na facebooku. Dotyczył on innej branży, która na pozór może wydawać się nam daleka, ale tak naprawdę wiele nas z nią łączy. Jest to prawo. Prawnicy też uczą się długo. Też pracują na swoją renomę i też po czasie dołączają do izby, Izby Radców Prawnych. Tylko, że oni potrafili przekonać rządzących, że ich praca musi być odpowiednio wyceniana. Prawnicy mają określone minimalne stawki za określoną pracę. My, architekci, skończeni idioci jak stąd do Jowisza, nie potrafimy walczyć o swoje. Może radcom prawnym się udało, bo w końcu od tego są? Od perswazji, wygrywania, przekonywania? My za to jesteśmy od zapierdalania. Szare myszki na końcu łańcucha pokarmowego. 
Ten blog jest od wyżalania się. I wyżalam się teraz, bo mam chwilę trzeźwości, kiedy nie przebija przeze mnie ogromna pasja do architektury. Ta pasja zaślepia wiele osób w mojej firmie i zapewne też w wielu innych firmach. Widzę, że gdy udaje nam się zaprojektować coś pięknego, moi towarzysze udręki mają aż cudowne, żywe iskierki szczęścia w oczach. Tylko... rzadko projektujemy na tyle intensywnie, by mieć na końcu przeświadczenie, że to co powstało jest nasze. Każdy rezultat jest wynikiem wielokrotnych zmian, dopasowań, kompromisów i ostatecznie łączy elementy pochodzące być może i od dziesiątek osób. Wiem, że są ludzie, który taki właśnie aspekt tej praca bardzo jara. Mnie- nie za bardzo, bo tak jak napisałem na początku: lubię się kreatywnie wyżyć, pełnią siebie i bez mydlenia tematu w nieskończoność. Chyba to właśnie sprawia, że bardzo szybko się wypalam i dlatego też piszę tego posta w symbolicznym momencie zakończenia roku.
I jaki ja mam ten plan na rok nadchodzący? Zwolnić się z pracy. Przeprowadzić się, zacząć ekscytujące nowe życie w nowym mieście. Przeprowadzki znam już dobrze i wiem, że to świdrujące w brzuchu uczucie podniecenia (ale też stresu) na pewno będzie mi towarzyszyć. Nie chcę postanawiać, że nauczę się gotować, że będę częściej sprzątał, że będę prasował sobie ubrania. Wiem, że czasami lenistwo i tak weźmie górę, ale gdy będę robił coś, co da mi twórcze spełnienie, zaakceptuję te wszystkie swoje drobne wady. Z czasem postaram się je zredukować, ale nie chcę temu procesowi nadawać rangi najważniejszego celu w całym roku. 
Co jeszcze? Postaram się przysiąść do nauki 3D. Postaram się zbudować portfolio, żeby być może zacząć nową pracę już w czymś z zupełnie innej branży. Nie wiem czy to będzie gamedev z wyższej półki, na to mi trudno liczyć. Może projektowanie interfejsów? Może gry mobilne? Może strony internetowe? Wiem, że na początku nie będę zarabiał dużo, lecz pułap wymagań zarobkowych dzięki mojej obecnej pracy spadł tak nisko, że prawdopodobnie i tak nie będę rozczarowany.

Muszę jeszcze tylko wspomnieć, że pod pewnym względem nic się nie zmieniło. Wciąż jest ze mną moja ukochana. Chciałbym, żebym mógł tak pisać co roku, aż do starości i do końca życia. Na razie zapowiada się, że po prostu tak właśnie będzie... Naprawdę, ona to najlepsze co mnie w życiu spotkało. Trafiło się ślepej kurze ziarno.

Komentarze