Studzienka z napisem SPQR

Jestem w Rzymie już prawie dwa tygodnie. Jak to zwykle bywa, chęć na napisanie posta przyszła do mnie, gdy nastrój mam posępny. Tym razem jednak nie będę opisywał czemu jestem w złym humorze, a skupię się zamiast tego na wypisywaniu cech miejsca, w którym się znajduję w porównaniu do Polski.

Podczas pobytu tutaj stale myślę o kontraście między tym jacy są tu ludzie, a co tworzą. Denerwujące jest dla mnie to włoskie lenistwo, przesuwanie terminów i ich nieco ociężałe ruchy. Lecz pomimo tego, Rzym pełny jest miejsc przepięknych, które wymagały włożenia mnóstwa pracy. Można powiedzieć, że to praca ludzi, którzy byli inni od współczesnych Włochów. Jednak pojawiają się też piękne miejsca zaprojektowane i skonstruowane współcześnie. Trudno mi uwierzyć, że właśnie ci lenie, ci niezgrabni, gadatliwi i głośni ludzie mogą za tym stać. Jakby istniała jakaś druga grupa, której nie widzę, a która za to odpowiada, lub jakiś czar, który tymczasowo zmienia Włochów w demonów kreatywności i produktywności.

Ludzie tutaj mimo wszystko mogą wzbudzać sympatię. To dlatego, że zwykle są towarzyscy, weseli i jakby bardziej skłonni do wyrażania takiej prostej, słownej dobroci, obecnej w częstym komplementowaniu się nawzajem, sympatycznym witaniu się i żegnaniu, a nawet w ochoczym pomaganiu w momencie zapytania o drogę. Czasami mam wrażenie jakby Włosi byli od małego trenowani w technikach na wzbudzanie sympatii u innych osób, żeby osiągnąć w ten sposób swój cel. Ale to już mój słowiański, ponury spisek.

Rzym to miasto jak z filmu. Jest perfekcyjne do tworzenia ciekawych, klimatycznych ujęć. Mnóstwo jest tutaj zakątków, które aż się proszą o przemierzanie ich raz za razem, dzień za dniem, by przywyknąć do nich jak do własnego domu. W centrum oraz w kilku innych dzielnicach (Prati, Trastevere, Salario) panuje nastrój, z jakim tradycyjnie kojarzą się Włochy: towarzyskimi spotkaniami, przyjaźnią, radością, ciepłem. Zaskoczeniem było dla mnie, że pod tym względem się nie rozczarowałem. Tam jest naprawdę tak jak się pokazuje. Kiedy jestem w tych dzielnicach, dosłownie czuję się jak w filmie. Niesamowite uczucie, którego nie przeżyłem nigdy wcześniej w innym mieście.

Wciąż szukam ładnych pocztówek do rozesłania po rodzinie i znajomych. Sklepików z pamiątkami jest tutaj mnóstwo, ale jeszcze nie znalazłem pocztówek, które dobrze oddawałyby charakter tego miejsca. Rzym nie jest taki "potężny" jak się go maluje. Nawet Plac św. Piotra nie zrobił na mnie takiego monumentalnego wrażenia, z jakim się kojarzy. To chyba kwestia tego ciepła i poetyckości, którą odczuwa się raz za razem. Ciężko tu o poczucie zagrożenia, o poczucie bycia małym wobec wielkiej machiny państwowej. W głowie stale krąży śmiech i zabawa, które utrudniają traktowanie czegoś poważnie.

Widząc XIX-wieczne wiedeńskie pałace, byłem znużony ilością detali, które się na nich pojawiają. We Włoszech zdarza mi się myśleć podobnie, lecz dużo rzadziej. To dlatego, że zachowuje się tutaj piękny umiar między wypełnieniem, a pustką. Artyści włoscy w przeszłości nie mieli lęku przed gołą ścianą, jak to bywało w wielu innych regionach Europy. Ku mojemu zdziwieniu, współczesna architektura włoska bywa pod tym względem gorsza, bo stara się w każdym miejscu pokazać jakąś okładzinę, kwiatuszek czy gzymsik. Chociaż może moja krytyczna uwaga wynika z tego, że w świecie "na północ" większą rolę gra minimalizm, który momentami przyjmował skrajne postaci, a we Włoszech jak gdyby nigdy się nie przyjął.

To co od razu rzuca się w oczy po przyjeździe do Rzymu to charakterystyczna kawowo-żółta paleta barw oraz trawertyn, którego tutaj na każdym kroku pełno. Być może właśnie dzięki temu pięknemu trawertynowi włoscy artyści nie bali się zostawiać pustej ściany- ten kamień jest piękny sam w sobie. Zadziwia mnie, że to miasto może być konsekwentnie utrzymane w podobnych barwach w całej swojej rozpiętości. Po czasie jaki tu spędziłem, spożytkowanym na dosyć aktywne zwiedzanie, zauważyłem tylko jeden budynek, który byłby tak nowocześnie "szklano-niebieski". I nie pasował on, nie pasował w ogóle.

Czy typowemu Polakowi w Rzymie jest dobrze? I tak, i nie. Natłok wszystkiego bywa tu paraliżujący. Poza wymienionymi przeze mnie wcześniej dzielnicami, miasto zaprojektowane jest w sposób, który faworyzuje przemieszczanie się samochodem lub motocyklem. Chodniki zwykle są wąskie, a czasami w ogóle ich nie ma lub znajdują się tylko po jednej stronie jezdni. Często zdarzało mi się, że biegnąc tutaj, chodnik, na którym byłem po prostu się kończył i nie wiedziałem co robić. Jeśli widziałem jakiś po drugiej stronie ulicy- jeszcze pół biedy (chociaż wiąże się to z przebiegnięciem przez jezdnię, po której kierowcy pędzą z prędkością błyskawicy). Jeśli nie widziałem żadnego- po prostu modliłem się o życie, idąc poboczem. I to daleko od granic miasta, wśród zwartej zabudowy mieszkaniowej.

Za postkomunistycznymi osiedlami naprawdę da się zatęsknić. Szczególnie za przestrzeniami między blokami, w których pełno jest zieleni, placów zabaw, orlików, a samochodów jakby nie było. Tutaj to widok niespotykany. Będąc tutaj można się roześmiać słysząc o "polskiej betonozie". Słyszeliście o włoskiej betonozie? A raczej "asfaltozie", bo tutaj wszystko jest pokryte asfaltem.

Zestawiając Polskę i Włochy wydaje mi się, że mamy remis. Oba kraje mogą się dużo od siebie nauczyć. Jednak podsumowanie zostawię sobie na luty, gdy będę już stąd wyjeżdżał, mając za sobą obraz nie tylko Rzymu, ale i innych fragmentów tego kraju, które (miejmy nadzieję) również zobaczę.

Komentarze