PKS
Przepraszam z góry za niedoskonałość tego posta. Średnio jestem z niego zadowolony, ale nie mogłem dłużej zwlekać z publikacją. Chociaż nie wiem jaką postać musiałby przybrać, żebym pomyślał "tak, to jest to". Zawsze byłoby za mało, za słabo, za brzydko.
Mój blog stał się książką z powyrywanymi kartkami. Wypadałoby pisać częściej, bo w obecnej postaci między opublikowanymi postami dzieje się w moim życiu mnóstwo zawirowań.
Może to wszystko dla ludzi z zewnątrz zabrzmi jak nudna historyjka. I mam was w dupie xd
Od 25 lipca wiele rzeczy wywróciło się do góry nogami. Rozstałem się z dziewczyną. Już zwykłe czynności dnia codziennego sprawiają mi problem, więc to powinno być wielokrotnie trudniejsze, wręcz niewyobrażalnie trudne (i tego właśnie się spodziewałem), lecz... takie nie było. Stało się to lekko, bez rozpaczy, nie było nawet dużego smutku. To tym bardziej utwierdza mnie w przekonaniu, że była to dobra decyzja.
Później przyszła pustka. Skoro nie pasowaliśmy do siebie, skoro męczył mnie ten związek to dlaczego ją czułem? To była nieuzasadniona, narzucona społecznie pustka z powodu aktu rozstania. Tak trzeba, żeby nie czuć się gnojem. Bardzo głupie, bo nikt zła tutaj nie czynił. Zerwałem, żeby było lepiej i zdecydowanie tak jest dla obu stron, ale rezerwa w podejściu do mojego zadowolenia i szczęścia nie pozwala mi od razu czuć się z tym dobrze. Muszę wykręcać swój mózg na lewą stronę, analizować czy na pewno nie jestem ścierwem i czy nie zraniłem dziewczyny, która trzyma się tak, jakby w ogóle nic nie zaszło, a życie pełne było słodko-nijakiej rutyny.
Następnie poczułem wolność. Nieznane mi wcześniej uczucie, które od razu doceniłem. Mimo, że sytuacja od tamtego czasu zmieniła się diametralnie, to wciąż ta wolność we mnie nie zanikła. Teraz wiem, że jest to coś, co chciałbym czuć przez większość swojego (przynajmniej najbliższego kawałka) życia. Epizodycznie zastępowałbym ją czymś wymagającym poświęcenia, pochłaniającym czas, wręcz osaczającym. Czymś, co sprawiłoby, że w dalszej kolejności doceniałbym tą wolność jeszcze bardziej.
I... Jestem z nią. Jestem z dziewczyną, którą kocham. Znalazłem się tu. Zważywszy na niedawne wydarzenia, przyszło to szybko, choć biorąc pod uwagę cały kontekst naszej znajomości- chyba w idealnym momencie. Nie spodziewałem się tego, delikatnie żarzył się we mnie smutek, że to się nigdy nie wydarzy... ale wydarzyło się. To najpiękniejsza niespodzianka.
Nie będę pisał jaka jest, bo zna siebie i wie, że ja też znam ją dobrze. Od kilku lat wielokrotnie o niej tutaj wspominałem, częściej niż o kimkolwiek innym. Raz wysmarowałem o niej nawet przepełniony bulwersem post... I byłem wtedy naprawdę wkurzony i zasmucony, także na siebie. Od początku wywoływała we mnie mnóstwo emocji, których doświadczam tylko lub głównie w kontakcie z nią. Nasza historia jest skomplikowana i nadaje się nawet na film. Heh, może trochę przesadzam, ale dla mnie nawet zwyczajne sytuacje spędzone z nią stają się czymś ponad. Bez żadnych pościgów i wybuchów, bez nadmiernej ckliwości. Nie zamierzam nikogo na siłę przekonywać, że tak jest, bo to dzieje się tylko między nami. I jest to piękne, i bardzo ją kocham.
W tym poście słowo "kocham" i "miłość" pojawi się często. Mówi się, że nie należy z nim przesadzać, bo zatraci wtedy swoje znaczenie. Ale chcę! Chcę go nadużywać! To mój blog i podjąłem taką decyzję.
Mój blogu, jaki byś był, gdybyś stał się człowiekiem? Czy byłbyś lepszą wersją mnie?
Poznaliśmy się z nią tutaj, na blogu. Napisała komentarz, że chyba mnie lubi. Zbiegło się to z czasem, gdy posty pojawiały się coraz rzadziej. Zaczęliśmy rozmawiać na facebooku. Jaka to była niepewność: czy polubi mnie poza blogiem? Czy jeśli żywi do mnie sympatię po tym jaki jestem tutaj, to jest wyjątkowa czy może wręcz absolutnie przeciętna? Teraz już wiem, i dzięki temu sam czuję się niezwykły.
Przez cały ten czas nie znudziliśmy się sobą. Nie chcę przesadnie fantazjować, ale nie wiem nawet, czy takie pojęcie może między nami istnieć... Rozmawiamy od 3 lat głównie przez internet i mam wrażenie, że to dopiero początek wspaniałych rzeczy jakie mogą się wydarzyć. To najmniej robotyczna znajomość.
Gdy wysmarowałem owy nieprzychylny post, byłem już w niej zadurzony. Teraz wiem, że było to inne uczucie niż to, które rządzi mną teraz. Ale czułem szczerze. Nie miało ono takiej skali, takiego ciepła, takiej dojrzałości, lecz już wtedy chciałem dla niej jak najlepiej. Chciałem ją wspierać, słuchać, uczyć obsługi kompresora samochodowego i... oczekiwałem czegoś w zamian. Było za wcześnie na miłość.
Wtedy przyszedł czas, kiedy przestaliśmy ze sobą rozmawiać. Mogłem normalnie funkcjonować, jednak co jakiś czas pojawiała się ta myśl, że straciłem kogoś naprawdę bliskiego. Moja złość szybko zelżała, a smutek zamienił się na taki spowodowany brakiem drugiej osoby. Gdybym w jakiś sposób mógł wtedy dostawać informacje o tym jak się miewa, być może wystarczyłoby mi to. Na szczęście wróciliśmy do siebie.
Od tamtego momentu było inaczej. Nawzajem znaliśmy swoje myśli dużo lepiej, więcej rzeczy stało się jasnych, staliśmy się bardziej otwarci. (I to wcale nie jest tak, że teraz z sentymentu prześledziłem niektóre nasze dawne rozmowy, oj nie. Całkowicie nie. Wszystko doskonale pamiętam i nie muszę się posiłkować takimi środkami). W tym "drugim etapie" cieszyłem się z tego jaki się stałem, bo im lepiej się poznawaliśmy, tym moje przywiązanie i sympatia do niej rosła. Nie miałem w tym żadnego celu. W sumie ciężko, żebym go miał po tym co się wydarzyło między nami w przeszłości. Doceniam, że tak się stało. W tle rozmów mogliśmy po prostu sprawdzić czy nasza znajomość przetrwa próbę czasu, nie widząc na horyzoncie żadnej zmiany, do której musimy dążyć.
I jest w porząsiu.
Nie jestem w stanie przybiec pod jej okno i wyśpiewać sonaty. Nie mogę nawet przypadkiem chwycić ją za rękę. Nie istnieją między nami typowe gesty, które mogą sprawić, że para osób się do siebie zbliży. Na dłuższą metę, testem jakiemu się poddaliśmy były słowa, czyli to czy zbliża nas do siebie rozmowa. Na mnie zadziałało to już bardzo dawno. Nie było żadnej gwałtownej przemiany, lecz powolne uświadamianie się, że to właśnie ona jest moją pierwszą miłością (mam nadzieję, że i ostatnią, heh).
Jak rozpoznać czy miłość jest prawdziwa? Czy akceptacja bolesnej sytuacji może o niej świadczyć? Mieszkamy od siebie daleko i trudno oczekiwać, że możemy być parą. Pogodziłem się z tym i brałem pod uwagę, że tam u siebie może poznać kogoś, kogo pokocha. Nie chciałem utrudniać na siłę.
W tym momencie przechodzimy do historii z 25 lipca. Byłem w związku. Odczuwałem jednak smutek, ponieważ nie kochaliśmy się. Wtedy ostatecznie jasne stało się dla mnie też to, że w moim życiu wcale nie brakuje miłości, ale jest skierowana w inną stronę. Ta strona dowiedziała się o tym i... myślałem, że to będzie koniec, że po trzech latach uświadomimy sobie, iż to nie miało, nie ma i nie będzie mieć sensu. Bałem się tego! Jednak... boże... jak grom uderzyła mnie świadomość, że to jest właściwa dziewczyna. Ona... chciała ze mną być. Od kiedy? Od kiedy tak to wyglądało? Od kiedy mogłem wiedzieć, że to nie jest tylko nieodwzajemnione uczucie?
Było dobrze, ale i smutno. Bycie w tym razem dało mi falę nowej energii, lecz z racji odległości wciąż trudno było podjąć jakieś stanowcze decyzje. Gdybym jednak wtedy nie powiedział, że lepiej zachować po prostu nasze przyjacielskie relacje, przyszłe wydarzenia nie wyglądałyby tak pięknie. I... nie do końca w to wszystko wierzyłem. Chciałem, ale nie wierzyłem w jej miłość.
8 sierpnia spotkaliśmy się w Krakowie. Rozmawiało nam się tak samo dobrze jak zawsze. Była niesamowita. Boże, widzieć ją i nie móc pocałować to jak połknąć tykająca bombę, która kiedyś musi wybuchnąć.
Czułem się przy niej wspaniale przez niemal cały czas, jednak były momenty kiedy... płakała. Jak mam się zachować, gdy dziewczyna, którą kocham przy mnie płacze? W takim scenariuszu nie ma dobrej reakcji, jest tylko ból. Ból, bo to właśnie ona... ta... moja...
Wtedy już na sto procent wiedziałem, że mówiła prawdę. Myśli rozsadzały mi mózg, analizowałem wszystkie za i przeciw, ale w końcu i tak emocje wzięły górę. Została moją dziewczyną na krakowskim dworcu. Płakaliśmy. To była definicja szczerości.
Żadne słowa nie mogą oddać tego, jak wtedy było. Z każdym poplątanym słowem uświadamiała mi, że naprawdę ją kocham. W końcu bez potoku sprzecznych ze sobą myśli mogłem ją przytulić, co wyzwoliło we mnie takie pokłady szczęścia, które do teraz ciężko jest mi znieść z poważną miną. Było po prostu wspaniale! Niesamowicie!
Nie mogę doczekać się naszego kolejnego spotkania. Jednak ze spokojem, bo przecież nasz kontakt przez większość czasu i tak opierał się na messengerze. Bardzo często nawet dzięki takiemu kontaktowi sprawiała, że czułem się świetnie. Chcę być jej.
Staniemy się lepszymi wersjami samych siebie.

kocham cię
OdpowiedzUsuń