Krazy Kat
Przemyłem skórę czymś tam. Oh, oddycham całą twarzą.
Miesiąc od poprzedniego posta. Nawet przez moment nie pomyślałem o blogu.
Ja chyba naprawdę jestem pusty. Mam takie płytkie myśli, które odczuwam jak ruch niewyćwiczonych mięśni. Brakuje mi tego dymu, tego uczucia, że właśnie w tej chwili stałem się kimś lepszym.
Kawa jest dziwna, bo działa na mnie piorunująco, nawet słaba. Momentalnie nabieram tych uczuć, których pożądam. Zaczynam myśleć bardzo głęboko, szybko, jestem zachwycony wszystkim co mnie otacza. I to chyba dobrze, że po kawie mam straszne problemy żołądkowe, bo to jedno wielkie oszukiwanie się. Nie mogę zasnąć, chociaż jestem śpiący, tak jak po alkoholu robię głupoty, chociaż zdaję sobie sprawę, że są głupie.
Ja chyba naprawdę jestem pusty. Mam takie płytkie myśli, które odczuwam jak ruch niewyćwiczonych mięśni. Brakuje mi tego dymu, tego uczucia, że właśnie w tej chwili stałem się kimś lepszym.
Kawa jest dziwna, bo działa na mnie piorunująco, nawet słaba. Momentalnie nabieram tych uczuć, których pożądam. Zaczynam myśleć bardzo głęboko, szybko, jestem zachwycony wszystkim co mnie otacza. I to chyba dobrze, że po kawie mam straszne problemy żołądkowe, bo to jedno wielkie oszukiwanie się. Nie mogę zasnąć, chociaż jestem śpiący, tak jak po alkoholu robię głupoty, chociaż zdaję sobie sprawę, że są głupie.
To zabawne, bo w Warszawie powiedziałem te ostatnie zdanie do jednego ze współpracowników i uznał, że coś w nim jest.
Wróciłem ostatnio do muzyki Boba Dylana. Jest tak dobra, tak wyrąbiście dobra, że wszelkie odczucia przeciętności podczas słuchania schodzą na plan dalszy. Dlaczego przeciętności? "Bo Dylan jest taki popularny", "bo dostał Nobla" bo tamto bo siamto. I rzeczywiście chciałbym, żeby to był ten mój niszowy artysta, którego docenia mała grupa ludzi. To dałoby wrażenie oryginalności, wyjątkowości. Ale ja wiem, że jestem wyjątkowy. Jestem tak wyjątkowy, że widzę powinność, by swoją wyjątkowość prezentować wszem i wobec. Duża zasługa w tym właśnie Dylana, który potrafi pokazać piękno w ludziach, w gestach, w drobnych rzeczach.
Za dużo gadam. To jedna z wad, za którą się biczuję, bo wydaje mi się, że nie przynosi mi żadnych korzyści. I na przekór sobie, po krótkim czasie od uświadomienia sobie tego po raz kolejny, zaczynam gadać do kogoś jak najęty. Akurat w takich momentach, nie dużo później. Nawet o tym doskonale pamiętam, gdy nie potrafi mi się zamknąć morda.
Poszukuję na siłę tych swoich wad i błędów. Tak jak w dzisiejszej prezentacji, w której wypadłem bardzo dobrze. Tak dobrze, aż musiałem sobie później pomyśleć czy na pewno czegoś nie zjebałem. Myślałem, myślałem i wymyśliłem. I po co mi to wszystko? Po co to szukanie dziury w całym, skoro widziałem, że ludziom na auli się podobało?
Przypomniała mi się pewna sytuacja z końcówki liceum. Wydarzyła się w dniu wywieszania dyplomów. Moja wielka, trzymetrowa plansza nie mogła być przetransportowana z drukarni do szkoły inaczej niż z pomocą przyczepki. Wynająłem brata (nie miałem wtedy jeszcze prawka), przyczepkę, brat pomógł mi dowieźć swoje wypociny pod bramę. Wszystko szło gładko, wydruk wyglądał naprawdę wspaniale. Byłem dumny jak paw, że to właśnie moja praca wymaga takiego traktowania (plebs przyklejał cieniutki papier na tekturkę B1, wszystko się zwijało, zagięte rogi, ech AMATORZY). Lecz to nieistotne, chciałem się tylko pochwalić.
Praca spodobała się nauczycielom, więc zajęli dla mnie miejsce na samym środku najważniejszej ściany w auli. To był ten moment, gdy poczułem, że moje życie jest coś warte. A nawet więcej- że mogę osiągnąć naprawdę wspaniałe rzeczy.
Później przyszła koleżanka ze swoją pracą o takim samym formacie. Przynajmniej o takim samym formacie mieliśmy oba dyplomy mieć. Przyłożyliśmy jej pracę pod moją, tam gdzie miała wisieć, iiii... okazały się nierówne. Nauczyciele nie wiedzieli, która z naszych prac ma zły format, lecz ja domyśliłem się od razu. Moja. Sknociłem tą jedną rzecz i plansza wyszła 30 cm krótsza. Prawdopodobnie dlatego, że w drukarni nie chciała odpalić się praca zapisana w formacie .tif, więc dałem im .pdf, który miał być jedynie zapasowy i go tak dokładnie jak tifa nie sprawdziłem. Na nieszczęście zawierał ten błąd.
I co się stało z tym moim wyselekcjonowanym, wspaniałym miejscem na środku najlepszej ściany? Zostało mi odebrane. Na politechnice nie zrobiliby tego, bo mają estetykę w głębokim poważaniu, lecz w plastyku było to naprawdę ważne. Zatem gdzie zawisła ostatecznie moja praca? Na ścianie najważniejszego korytarza, którym codziennie przechodziły dziesiątki osób, w tym również inni niż pracownicy i uczniowie, tacy jak rodzice, modele, komisje.
Codziennie widziałem jak ktoś stoi przed moim projektem i się mu przygląda. W takim miejscu trudno było o inny scenariusz.
W ten sposób dzięki błędowi przy zapisie i słabym komputerom w drukarni zyskałem duży prestiż, który wyniósł moją samoocenę na najwyższy poziom w całym moim życiu. Piękne czasy.
Komentarze
Prześlij komentarz