Foksal

Jeszcze nieco ponad dwa tygodnie. Tak bałem się tego wyjazdu. Tak wiele nadziei z nim wiązałem. Liczyłem na poznanie wielu osób i rzeczy.
I jak jest? Już dawno się nie boję. Natomiast nadzieje jeszcze mam, nawet większe niż na początku.
Miałem przebiec 30 km za jednym podejściem. W tym przypadku jestem blisko, bo udało mi się pokonać 27 km. Było to jednak tak duże zmęczenie, głównie dla serca, że boję się na tym polu dokonywać jakichś szybkich postępów. Mimo wszystko, postaram się osiągnąć swój cel. W ogóle zauważyłem jak dużo się zmienia, gdy biegam przy ludziach, w bliskim towarzystwie czy po prostu słuchając na słuchawkach czegoś energetyzującego. Trasa jaką mam siłę przebiec się powiela. Mam wrażenie, że gdybym nie myślał o zmęczeniu to już dawno przebiegłbym maraton.
Miałem poznawać ludzi. Oczywiście, udało się, ale mam tak wielkie problemy z wyrażeniem własnych myśli na żywo i ogólnie sprawianiem dobrego pierwszego wrażenia, że w tym momencie jestem w sytuacji, gdy w pracy nie rozmawiam z nikim, a inni traktują mnie wręcz jak powietrze. Nie dziwię im się i nie przeszkadza mi to jakoś szczególnie, zważywszy na to, że wolę siedzieć cicho niż skupiać na sobie uwagę ludzi. W moim życiu nigdy nie było nic pomiędzy. Jestem introwertykiem z natury, a nie z konieczności, więc ten drugi przypadek bardzo mi ciąży za każdym razem jak zaistnieje. Szczególnie, że w pracy grupowej to mi zwykle zależy najbardziej i wychodzę na pozycję lidera.
Miałem chodzić na wykłady. Byłem na jednym, w Zodiaku. Prowadziła go starsza pani, która uczestniczyła przy pracach nad warszawską Ścianą Wschodnią. Jak to starsza osoba, przez większość czasu zamulała, ale jednocześnie była tak pełna pasji, że to w ogóle nie przeszkadzało. Wciąż było widać w niej zapał i ambicję. 
Miałem zwiedzać. Oh boy, ile ja nazwiedzałem! Codziennie albo rower, albo bieg, tudzież tramwaj. Warszawa znaczy dla mnie już więcej. Nigdy nie przywiązuję się jakoś szczególnie do miejsca, więc nie mogę powiedzieć, że jest tak w tym przypadku, ale stolica ma na pewno mnóstwo do zaoferowania. I nie mówię tutaj o po prostu ładnych miejscach, ale też takich, które są po prostu pełne życia. Kawiarnie nawet daleko od centrum bywają pełne. Są momentami jak takie "oazy" po środku niczego. Stamtąd dobiegają piękne światła, harmider ludzkich głosów i zapach świeżej kawy. Gdy zauważyłem coś takiego raz, potem drugi, potem w nocy, następnie w bardzo pochmurny dzień to przepełniło mnie uczucie takiej... nadziei. Że jednak jest dobrze. Ludzie się cieszą swoim towarzystwem i rozmową.
Miałem poznać dziewczynę. Heh, jak to brzmi, lecz naprawdę wiązałem z tym wyjazdem taką nadzieję. "Chłopak z dala od domu na wakacjach w stolicy"- to brzmi jak pewniak jeśli chodzi o skuteczne zarywanie dziewczyn. Nawet chatę mam cały czas wolną, Ukraińcy się powyprowadzali bez słowa pożegnania, szkoda. Lubię ich, śpiewali przy sprzątani ładne piosenki, których nie rozumiem.
Myślałem, że będę tutaj śmielszy. Czuję przeszywający smutek, że tak się nie stało. To ten rodzaj smutku, który łapie w losowych momentach w ciągu dnia i pozbawia jakiejkolwiek chęci do czegokolwiek. Jak taka fala, dosłownie czuję wtedy falę na ciele, od góry do dołu. Lecz mimo wszystko nie mam jakiejś depresji i nie zamierzam się zakopywać w myśleniu, że ją mam. Zawsze, nawet w momentach największego i najbardziej szczerego smutku (tak jak przy pisaniu poprzedniego posta) tak jakby "płynę" po swoim nastroju. Tak jak zawsze robię wtedy to co muszę, oglądam śmieszne memy i jestem miły dla innych ludzi. 
Swoją drogą trochę mnie śmieszy i lituje udawanie depresji w towarzystwie. Prawdziwą depresję da się wyczuć, nawet ja umiem w wielu przypadkach tego dokonać, a co dopiero osoby zainteresowane psychologią czy po prostu bardziej inteligentne emocjonalnie. Takie udawanie to nic więcej niż dziecięca zabawa, która wywołuje żałość, gdy dzieckiem się już nie jest.
W Warszawie na pewno poznałem mnóstwo muzyki, którą będę pamiętał właśnie z tego wyjazdu. 

Komentarze