Warto jest kochać

18 lutego poleciałem do Budapesztu. Kompanem był mi Vlad.
Trzy noce tam, po czym większość 21-go spędziliśmy w Bratysławie, żeby pod wieczór udać się do Wiednia. Stolica Austrii drugie tyle czasu co stolica Węgier.
Planowaliśmy bardzo dokładnie, więc cały tydzień zajęło nam ustalenie czym właściwie mamy tam dojechać, jakie miasta zwiedzić (rozbieżność 1000 km- w pewnym momencie w planach był nawet lot do Rzymu!) i gdzie przenocujemy. Gdyby zachować się jak ok. 30-letni turysta to normalnie wynajęlibyśmy pokój w przeciętnym hotelu, poszlibyśmy do najbardziej oklepanych muzeów i podrobili setki zdjęć słynnych budynków. Lecz my chcieliśmy więcej emocji przy mniejszym nakładzie finansowym. Szukaliśmy możliwości noclegu u jakiegoś dobrego samarytanina na zasadzie couchsurfingu- nie udało się. Szukaliśmy towarzyszy podróży, żeby na osobę koszt podróży wyszedł niższy- nie udało się. Udało się za to znaleźć wspaniałe hostele za grosze w samych centrach miast. Łóżka piętrowe, w pokojach wieloosobowych. Przygoda! A za ścianą tętniące życiem ulice. Takie były oczekiwania i tak właśnie to wyglądało. 700 km od domu stało się to, o czym myślałem.
Pierwszy Budapeszt. Miasto zachwyciło nas od samego początku. Porządek i różnorodność. Wspaniałe nie za wąskie, nie za szerokie ulice. Pięknie wykorzystane wszystkie skrawki terenu. Zadbane budynki, czyste chodniki. Mógłbym tak wymieniać jeszcze długo, ale to co wpłynęło na mój odbiór to przede wszystkim życie tego miasta. Pełnia życia. Życie całą dobę, cała masa życzliwości. Zewsząd uśmiechy. Ktoś do kogoś macha, ktoś się przytula, ktoś śpieszy, a ktoś czeka. Wszędzie. Ludzie tańczą, śmieją się. Jest zimno, a ludzie się bawią na zewnątrz! A Dunaj tam jest tak piękny... Tak niesamowicie piękny...
Następna była Bratysława. Niestety tylko na chwilę, ale raczej zobaczyliśmy wszystko co najważniejsze. Może nie jest to tak duże miasto jak Budapeszt, ale turystów nie brakuje. O dziwo, jest tam sporo niesamowicie urokliwych uliczek w stylu włoskim i greckim: wąskich i stromych, a co jakiś czas jakieś balkoniki, schodki, kwiaty, koty, pomniczki. Miasto dobre do życia. Pomimo ponurej pogody, biło od niego ciepło. Tam ludzie chcą cholernie mocno zajebać ci kwiatkiem.
Wiedeń...och ten Wiedeń. Wielkie oczekiwania, które wyjątkowo nie zostały w zupełności spełnione. Miasto, w które wszyscy jego władcy wpakowali tak ogromną ilość pieniędzy i pracy, że to wręcz przeraża. Pałaców jest mnóstwo. Wszystko udekorowane jak tylko się da, a wolnej przestrzeni zostawiono tylko tyle, by dało się rozróżnić gdzie się zaczyna kolejny motyw. Tylko... To miasto w wielu miejscach wydaje się martwe. Co prawda przy Katedrze św. Stefana zawsze są tłumy ludzi, ale czy ktoś tam jest na stałe? Czy dla kogoś to jest dom? Osiedla są smutne, a niektóre place są zbyt duże, by też w centrum czuć bliskość innych osób. Wiedeń nadrabia za to dziesiątkami klimatycznych knajpek, prywatnymi zakładami i lokalami, w których oferuje się własne wyroby. No i te słodycze... Nigdy nie przepadałem za słodyczami, ale wiedeńskie ciasta i cukierki są tak smaczniutkie...
Jestem jeszcze tutaj. To jeszcze Wiedeń. Jutro tylko chwila w Warszawie i do domu. Cieszę się, że wracamy. Wypocząłem. Minęło tyle czasu ile potrzeba. Muszę teraz odwdzięczyć się innym za to, że mogłem doświadczyć takiej przygody. Czasami czułem się samotny, szczególnie, gdy zgubiłem Władka i widziałem te wszystkie rozbawione grupy, które mają swoje własne historie. A ja się tak szwędałem. Lecz było super. Marzenia się spełniają. Należy być odważnym- łatwo się przyzwyczaić.

Komentarze