Czasami mam lepszy humor. Na przykład gdy idę wieczorem ulicą i z wąwozu wieje na mnie silny wiatr. To takie naturalne. Tylko czemu pomaga?

Mam omamy słuchowe. Wydaje mi się, że babcia krzyczy zrozpaczonym tonem. Woła moją mamę. Woła, jakby cierpiała straszne katusze. Boże, to straszne. Zwariuję.

To czego się bardzo lękam to to, że  nigdy nie zapełnię tego smutku i pustki w życiu. Czegoś mi brakuje. Szukam. Ja... Ja już nie wiem. Nie mam siły. Nie mam zdrowia. Jak to się w ogóle... Wszystko nie tak. Jestem zmęczony. I dramatyzuję strasznie, ale na pewno każdy mój rówieśnik dramatyzowałby, gdyby postawił się w moim położeniu. Wiem, że to może skutek niewyspania, nie wysypiam się teraz nigdy. Czasami siedzę nad czymś i mrugnięcie trwa pół godziny, bo zasypiam tak momentalnie, że zwykle po takim zwykłym przebudzeniu na łóżku jestem zdziwiony, jak w ogóle w tym łóżku się znalazłem.
Humor zmienia mi się jak w kalejdoskopie. Zwykle południe przyjemne, by wieczór wszystko zepsuł. Mówię sobie: Nie szukaj prawdy w nocy, to nie jest prawda, to twoje zniekształcone urojenia. Jedna trzecia życia w urojeniach. Nie jestem wyjątkowy ani intrygujący.

Bezcelowość męczy mnie najbardziej. Lubię pytać dokąd i po co. "Lubić" to taka ostateczność. Dlaczego lubię pytać? Co to może skutkować? Ostatecznie i tak kończę tam, gdzie zacząłem. Jak zwykle. Tu jest samotna moja wyspa. Za dużo mówię.

Komentarze