Taniec

Wszystko zmierza w dobrym kierunku. Nauczyłem się doceniać ludzi, których znam od lat i od niedawna. Dotarło do mnie już w stu procentach, że za czyjąś błazenadą może kryć się coś więcej. Czasami wygłupianie się to sposób by pocieszyć samego siebie. I w takiej sytuacji, szczera rozmowa w poważniejszym tonie z taką osobą może doprowadzić do czegoś wspaniałego. Ludzie chcą być otwarci. Doceniają, gdy przed kimś mogą się w końcu wygadać.

Odrzucenie jest czymś strasznym. Sam właściwie nigdy nie byłem odrzucony ani na dłużej ani na krócej. Nawet wśród środowisk, które nie do końca mi się podobały, zawsze ktoś mnie po prostu lubił i chciał bym z nim przebywał. Z powodu przyzwyczajenia do takiego stanu rzeczy, boję się odmiennej sytuacji. Boję się, że będę tym, z którego wszyscy się śmieją i naprawdę w myślach sądzą, że jestem głupi i nie warto się ze mną zadawać. Ale co przeszkadza stać na uboczu? Właściwie to nic. Tylko, że ludzie chcą wsparcia. Chcą towarzystwa. Chcą tego, nawet jeśli nic im to nie daje. Nikt nie chce być sam, chociaż czasami posiadanie towarzystwa  może oznaczać wykorzystywanie tej osoby przez otoczenie. To coś strasznego.
Marzę o świecie, w którym ludzie wykorzystujący innych w niewłaściwy sposób będą w mniejszości. Na razie zauważam, że tendencja jest odwrotna. Wydaje mi się, że żyję w jakiejś pokręconej rzeczywistości, gdzie każdy czyn daje odwrotny do zamierzonego rezultat. Poprawność polityczna nie działa, ona prowadzi do totalitaryzmu. Obrażanie się o wszystko to krok do wypluwania z siebie na siłę kontrowersji, byleby tylko jakoś zaznaczyć swoją obecność w tym szarym świecie. Błagam, nie dokładajmy sobie zakazów. To nie jest rozwiązanie.

Największym moim zdaniem problemem w dyskusji teista kontra ateista są odmienne pragnienia. 
Nie ma dowodów na istnienie Boga, ale nie jest wykluczone, że on jest. Boga z definicji nigdy nie da się wykluczyć. Według mnie to najlepszy argument przemawiający za jego istnieniem, bo choć definicja ta wydaje się być stworzona tak, by nie dało się Bogu zaprzeczyć, z jakiegoś powodu mamy w umysłach pojęcie ostateczności, nicości i nieskończoności, chociaż tak naprawdę tego za życia nie doświadczamy (w zależności co jest prawdą- możliwe, że też i po śmierci). 
Natomiast wiele z argumentów w dyskusji odnosi się do tego jak dana osoba chce żyć. Jedni chcą czuć się wyjątkowi, inni mają to gdzieś. Nigdy nie przywiązywałem wagi do tego czy człowiek coś znaczy. Zwyczajnie mnie to nie obchodzi, nie wiem dlaczego ma to być ważne. Świadomość postawienia ludzi najwyżej, ponad każdym żywym organizmem, obdarzenie w nieśmiertelną duszę i zdolność do spełniania boskich pragnień wydaje mi się raczej przerażająca niż piękna. Ale miliardy ludzi zdaje się preferować taką możliwość. Dla nich bezcelowość istnienia ludzi byłaby straszna, dla innych jest intrygująca. Brak sensu jest według mnie piękny przez swoją naturalność. Dlaczego naturalność? Tak jak dotąd wszystko co zaobserwowaliśmy, płyniemy w pustej przestrzeni, wkoło, przez miliony lat. Nasza natura jest bezcelowa, losowa, złudna i krucha. Obfita w zalety tak samo, jak i w wady. Lecz możemy tworzyć. Mamy swoje drobne, ziemskie cele, chociaż one nigdy nie dadzą odpowiedzi na wszystko. Ostateczny cel, sens, odpowiedź, rozwiązanie byłoby początkiem końca dla nas wszystkich. Nie po to mamy w sobie ciekawość, by ją raz na zawsze w sobie zabić. Piękno tkwi w tym cyklu dryfowania. Zmieniamy się i jest to znaczące tylko dla nas samych. Nie uważam, że potrzebujemy stwórcy, sami jesteśmy swoimi bogami. Nie chcę zasad, modlitw, pytań co mam aktualnie robić. Chcę być sobą, dla siebie i dla innych. Współistnieć razem z tym światem, ale decydować o sobie w pełni. W nieskończonej naiwności zaskoczenia tym, co już gdzieś było.

Komentarze