Moja samoocena jest na dnie. Czasami jestem tym zaskoczony, bo przecież powodzi mi się, nie cierpię, jestem lubiany. Mimo to od około roku systematycznie czuję się coraz gorzej. Myślę, że zaczęło się w momencie, gdy babcia trafiła do szpitala. Miało być jej u nas lepiej, a tymczasem stało się to. Zawiodłem. Zawiodłem w chuj i każdy kto mówi inaczej nie zna tej sytuacji. Jej odejście w listopadzie przybiło mnie tym bardziej, że widziałem wielki ból w oczach mojej mamy. Podczas gdy zwykle jest głośna i mówi to co myśli, po tym wydarzeniu na długo przycichła. Do teraz mówi do siebie, kiedy jest sama w pokoju.
Kiedy jestem na cmentarzu, myślę jakby to było, gdybym był już stary i schorowany. Jak to jest umierać? Jestem taki słaby, mógłbym umrzeć. Chciałbym zamienić się z tymi, którzy odeszli. Szczególnie z moimi braćmi. Tęsknię za nimi. Tęsknię nawet za Wojtusiem, którego nigdy nie poznałem. To się naprawdę stało, oni umarli... Początek życia, a ich nie ma, mieli zaledwie chwilę.
Powstrzymuję się ze spisywaniem takich myśli, bo traktuję je zwykle jako coś przejściowego, jakby miały minąć, a post czytany jakiś czas później wydawałby się fałszywy. Nawet zresztą nie obchodzi mnie już co pomyślą inni. Nie będę udawał miłego.
Budzę się i jestem zmęczony. Mógłbym nigdy nie wstawać. Mógłbym już nie żyć.
Oby to były tylko wahania nastroju.

Komentarze