Już niedługo odejdę

Mój dom to jedna wielka umieralnia. Już w lutym myślałem, że babcia osiągnęła maksymalny poziom marudzenia. Och jak bardzo byłem w błędzie! W tej chwili płacze. Leży i płacze, łzy ciekną jej po policzkach. Co pół godziny pytam się o co chodzi i wywnioskować mogę tyle, że wydaje jej się, że jest chora i ją wszystko boli. A gorączki nie ma, nie jest blada, ciśnienie w porządku, a i krzyczeć i wiercić się ma siłę. Chuchamy i dmuchany na nią jak tylko się da, w końcu ma już dziewięć dych na karku. Martwiące może być jednak to, że zaczęła dużo mniej jeść. Wiele razy słyszałem, że brak apetytu to pierwszy krok do śmierci starszego człowieka. Mam nadzieję, że to przejściowe.
Innym przypadkiem jest mama. Wielka hipochondryczka, która łyka leki na kilogramy, a zawsze znajdzie wymówkę, by nie pójść do lekarza. To stało się już tak obsesyjne, że każda wzmianka o lekarzu budzi w niej dziką furię (w zasadzie nie wiem co jej nie powoduje...). I chociaż bierze rozmaite leki, często choruje. To najbardziej mnie martwi, bo mówię tu o prawdziwych chorobach z prawdziwymi objawami. Przed chwilą byłem u niej w pokoju i powiedziała mi, że wiruje jej sufit, bo z gorączki kręci się jej w głowie. W końcu doigra się za bycie bierną, osieroci swoje dzieci, a my popełnimy zbiorowe samobójstwo. Próbowałem już wielu rzeczy, zarówno z nią, jak i z babcią, ale bez skutku. Są tak przekonane o własnej racji, że wyzywają mnie od wariatów.
Pozostał jeszcze Adaś... Najzdrowszy na umyśle z tej trójki, lecz do ideału sporo mu brakuje. Twardziel chodzi bez kurtki i czapki, a potem zdziwko, że przez 300 dni w roku ma katar, przez 100 katar i gorączkę, a przez 365 agonię w oczach.

Chyba już rozumiem skąd bierze się miłość. Miłość powstaje z dawania komuś czegoś, poświęcania się dla niego. Wkrótce ta druga osoba posiada w sobie cząstkę nas samych. Cząstkę, do której jesteśmy przywiązani i chcemy o nią dbać, tak jak o siebie.

Fascynujące są te "ślepe cele ludzkości", które towarzyszą nam chyba od zawsze. Cele jak niestarzenie się, przeniesienie się z jednego miejsca do drugiego bez straty czasu na podróż i posiadanie rzeczy, które nigdy nie przeminą, nie zepsują się. Składa się to na potrzebę natychmiastowego działania, wykluczając wszystkie czynniki je utrudniające. Tylko niesamowitym jest fakt, że każdy krok mający nas do tego przybliżyć w jakimś stopniu komplikuje nam życie. Komplikuje coś, co miało być prostsze. Chcemy wykorzenić naszą zwierzęcą naturę i wyzbyć się tego, co robimy przez znaczną część życia.
Bardzo pragnę, by po śmierci mieć możliwość obserwowania świata z zewnątrz, by móc zobaczyć koniec walki człowieka z naturą. Ciekawe która strona zwycięży.

Rok temu zmarł nasz piesek Parys.
Około miesiąca przed tym faktem, w maju, wyprowadziłem go na spacer. Po kilku minutach rozpętała się burza, więc schowaliśmy się pod daszkiem pobliskiego bloku, czekając aż ulewa ustanie lub przynajmniej złagodnieje. Parys był bardzo mądrym psiakiem i w ogóle nie bał się grzmotów. Staliśmy tam może z pół godziny i gdy zauważyłem, że się przejaśnia, ruszyliśmy szybkim krokiem w stronę domu. W pewnym momencie postanowiłem, że się przebiegniemy by nie zmoknąć. Piesek miał taką dolegliwość, że w losowych momentach słabł, przewracał się, a po kilku sekundach wstawał jakby nigdy nic. I tak było i w tym przypadku. To trwało krótką chwilę, lecz wydało mi się, że on już wtedy nie wstanie. Że go zabiłem, nie przewidując, że może być burza, że zmęczyłem go tym biegiem. To było zaledwie kilkanaście metrów i prawdopodobnie mu nie zaszkodziłem, bo jego zachowanie po tym wydarzeniu w ogóle się nie zmieniło- nadal był bardzo aktywnym psiakiem, który jest wszystkiego ciekawy. Niestety nieco ponad miesiąc później zmarł podczas operacji. Być może, gdyby nie mój błąd, mógłby ją przeżyć. Nie mogę sobie tego wybaczyć. Ale ulgą jest chociaż o tym napisać.
Nigdy sobie nie wybaczę. Niczego nigdy sobie nie wybaczyłem.

Komentarze