Magia maja
Mam zapisaną notatkę do posta. Brzmi ona: "Dzisiaj zdałem sobie z tego finalnie sprawę: nie mogę żyć bez ludzi, a żaden człowiek mi nie odpowiada". Widząc to bardzo się zdziwiłem, bo nie pamiętam, bym to pisał. Ale to była wtedy prawda. I z resztą nie tylko wtedy, ale i przez kilka wcześniejszych lat, a może i od urodzenia.
Zmiana przyszła jakoś niedawno, wraz z masą innych. To wręcz cudownie nasycający okres, gdy tak dużo się działo, że nie wiem od czego zacząć opowiadanie. Moje postrzeganie się nie zmieniło, ale w końcu zaakceptowałem potrzebę... kogoś. To chyba ta naturalna zmiana, tak jak moment, gdy człowiek zaczyna myśleć, że fajnie byłoby założyć własny biznes lub mieć dziecko. Stało się to w natłoku wydarzeń: tych domowych, tych na uczelni, jak i tych pobocznych. W domu, prawie zawsze każda uwaga, każda zmiana działa na mnie najmocniej. I tak samo jest teraz, gdy po prostu każdy zaczyna się odzywać do mnie inaczej. To nawet dziwne, że akurat coś takiego ma aż tak wielką wagę, ale to prawda. A co na uczelni? Pracy tyle, że nie śpię po nocach. Przyczyną tego jest też moja ciapowatość i jednocześnie potwornie kochane przede mnie i wzgardzone jednocześnie dążenie do perfekcji. Dlatego zdarza się tak, że prace poprawiam w nieskończoność lub nawet zaczynam je robić po kilka razy. Muszę jednak przyznać, że bardziej niż swoim perfekcjonizmem gardzę niemal wszystkimi ludźmi z mojego roku, którzy tak bardzo wsiąkli w "studenckie podejście", że olewają dosłownie każda rzecz bez krzty sumienia, jednocześnie perfidnie krytykując prowadzących, którzy zwyczajnie chcą czegoś nauczyć. Bo to jest już życie, to nie jest odpoczynek przed narodzeniem się. Żyjemy już i po świadomym wyborze studiów nie powinno być "nie chce mi się". Należy pracować nad swoimi ambicjami przez cały czas, a nie tylko marzyć, żeby zostawić na świecie coś po sobie.
Zmiana przyszła jakoś niedawno, wraz z masą innych. To wręcz cudownie nasycający okres, gdy tak dużo się działo, że nie wiem od czego zacząć opowiadanie. Moje postrzeganie się nie zmieniło, ale w końcu zaakceptowałem potrzebę... kogoś. To chyba ta naturalna zmiana, tak jak moment, gdy człowiek zaczyna myśleć, że fajnie byłoby założyć własny biznes lub mieć dziecko. Stało się to w natłoku wydarzeń: tych domowych, tych na uczelni, jak i tych pobocznych. W domu, prawie zawsze każda uwaga, każda zmiana działa na mnie najmocniej. I tak samo jest teraz, gdy po prostu każdy zaczyna się odzywać do mnie inaczej. To nawet dziwne, że akurat coś takiego ma aż tak wielką wagę, ale to prawda. A co na uczelni? Pracy tyle, że nie śpię po nocach. Przyczyną tego jest też moja ciapowatość i jednocześnie potwornie kochane przede mnie i wzgardzone jednocześnie dążenie do perfekcji. Dlatego zdarza się tak, że prace poprawiam w nieskończoność lub nawet zaczynam je robić po kilka razy. Muszę jednak przyznać, że bardziej niż swoim perfekcjonizmem gardzę niemal wszystkimi ludźmi z mojego roku, którzy tak bardzo wsiąkli w "studenckie podejście", że olewają dosłownie każda rzecz bez krzty sumienia, jednocześnie perfidnie krytykując prowadzących, którzy zwyczajnie chcą czegoś nauczyć. Bo to jest już życie, to nie jest odpoczynek przed narodzeniem się. Żyjemy już i po świadomym wyborze studiów nie powinno być "nie chce mi się". Należy pracować nad swoimi ambicjami przez cały czas, a nie tylko marzyć, żeby zostawić na świecie coś po sobie.
Także tak, rozpisałem się... sam właściwie nie wiem na jaki temat. Maj i czerwiec to zawsze te miesiące, które dają ukojenie po bolesnym kwietniu. Naprawdę, nie wiem co jest z tym miesiącem, że dzieje się wtedy aż tyle tragedii, nie tylko w moim życiu, ale i na świecie (a polską nazwę ma tak piękną!). Dlatego lubię ten czas, nie za to, że mogę odetchnąć (bo nie mogę, przynajmniej nie na studiach), ale za ludzi, którzy wydają się być bardziej przyjacielscy. Jedyną cechą, która może to powodować i która wyróżnia ten okres jest po prostu pogoda. Muszę przyznać, że nie lubię lata- szczególnie, gdy jeżdżę samochodem, który na początku zawsze jest duszny i boję się, że popęka mi tapicerka. Ale fakt faktem, od zawsze towarzyszące ludziom zjawiska atmosferyczne potrafią wpływać na nasz nastrój. Taka głupota, że aż wstyd się przed sobą przyznać, że nas zmienia. Chciałbym nawet powiedzieć, że jestem jakimś wyjątkiem, chociaż, gdy spaceruję wieczorami i wyglądam za okno na letnie noce, czuję, że chce mi się żyć, chce mi się poznawać. Po prostu smakować ten świat. Nie poprzez jakieś chujowe narkotyki czy alkohol (zupełnie odchodzę od alkoholu), ale tak po prostu. Pojeździć autobusem i pogapić się za okno. Pomyśleć o życiu. Poczuć zażenowanie na myśl o życiowych kompromitacjach i zbudować sobie jakąś własną filozofię. Nie cel, nie opowiadać dennej gadki o tym jak ważna w życiu jest miłość, lecz pomyśleć czym tak naprawdę jest nas czas na tym świecie. Nie rozumiem jego sensu, nie wiem skąd się wziął ani jaki w ogóle ma związek z całą resztą wszechświata, po prostu życie dla mnie to czas jak musi być jak najlepiej wykorzystany. I mam tu na myśli docenianie wszystkiego. Naprawdę, doceniajmy drobiazgi. Nawet projekt kubka w McDonald's czy spojrzenie w oczy pani z knajpy z tajskim żarciem, która była dla nas przez krótki moment miła, mogą być czymś znaczącym. Są znaczące! Nie rozumiem jak ludzie mogą walić w siebie alkohol, by tylko móc coś poczuć. Każdy gest działa na nas mocniej na trzeźwo. Tak jak w moim niedawnym śnie, gdzie stałem obok nieznajomej mi w rzeczywistości dziewczyny, na korytarzu mojego wydziału. Okolica była pusta, a my byliśmy wysoko i przez otwór w suficie wpadało mocne, dzienne światło. Mój wydział ma ciekawą konstrukcję, gdzie na środku jest wielka dziura, przez którą można zobaczyć niższe piętra. I tak staliśmy przy barierkach na najwyższym piętrze. Bałem się, zawsze boję się tam stać. Czasami nawet opieram się o te barierki, ale to tak dla adrenaliny. Strachu nigdy nie pokonam. Tylko, że we śnie musiałem ustalić co jest dla mnie ważniejsze: dziewczyna czy ta przepaść tuż obok mnie. Dotknąłem jej ręki i zbliżyłem do siebie. Cały czas miałem z tyłu głowy wiedzę, że mam z nią jakąś zawiłą relację, chociaż- jak już mówiłem- zupełnie jej nie kojarzę. Zbliżyła się delikatnie, uścisnąłem jej rękę i pocałowałem w policzek. Nie wiem co wyjątkowego charakteryzowało tamten kilkusekundowy moment, że aż postanowiłem go zapamiętać w aż takich detalach. Po prostu, pocałowaliśmy się. Ona zbliżyła swoje usta do moich. Krótka chwila, ale... ale może chodziło o to, że jej na mnie zależy? Czułem to. Czułem to tak jak nigdy nie czułem jeszcze w życiu od nikogo spoza rodziny. Mogę poświęcać wiele rzeczy, mogę pomagać i tracić całe dnie dla kogoś, kto mi się wcale nie odwdzięczy. Chcę zwyczajnie poczuć, że nie jestem komuś obojętny. A może to była jednak iluzja? Może z tyłu głowy czułem strach przed tą przepaścią obok i to ona zniekształcała moje postrzeganie? Nawet coś takiego jest dla mnie niepewne. Nawet o czymś takim mogę napisać wiele zdań. Zdań, z których jestem teraz bardzo dumny, bo wydaje mi się, że bardzo dużo mówią o tym jaki jestem.
Radiohead- I Promise Ten zespół robi tak zróżnicowaną muzykę, ale jednocześnie w każdym wypadku wpadającą w mój gust. A ten utwór... dzieło sztuki. Chyba to pozostanie moja ulubiona piosenka jeszcze przez wiele miesięcy. I muszę od razu wspomnieć o teledysku, który również staje się teraz moim ulubionym. Piękne są te domysły, gdy widać, że ta głowa coś czuje, coś przetwarza lub po prostu chce nas zwieść swoją pozorną emocjonalnością. Lubię wierzyć, że jest tak jak chcę, że ten robot jest czymś więcej niż tylko wytworem czyjejś kreatywności. Że sam potrafi się zmienić. I coś poczuć albo być nawet kimś więcej niż my sami.
Komentarze
Prześlij komentarz