Ryuu ga waka teki wo kurau!

Kolejny raz olałem swojego bloga. Nie chcę by minione wydarzenia rozmyły się w pamięci, więc wracam w glorii i chwale. Albo tylko chwale. Albo ani tym, ani tamtym.

Ponad połowa wakacji za mną. Byłem kolejny raz w Sopocie i jak zwykle zaczarowało mnie cudowne uczucie łączące panią Anię i pana Piotra. Do tego wspaniała przygoda na rowerach wodnych w Gdańsku (doceniłem tam uroki naturalnego krajobrazu, który tamtego dnia błyszczał na tle i tak dosyć ładnego miasta) , Ustka (to ten typ zwiedzania, z którego mało pamiętam na jawie, ale często będzie mi się śnić) i Toruń (cudowne miasto, kupiłem tam magnes na lodówkę w kształcie domku z piernika, a sam żadnego piernika nie zjadłem).
Przez około 2 tygodnie męczyłem się również z remontem swojego pokoju. Remontem gruntownym, bo zawierającym w sobie malowanie ścian, sufitu, kaloryfera, odnowę parkietu, wymianę gniazdek i kupno nowych mebli. Swoją drogą, gdy tak wymieniam każdą z tych rzeczy to okazuje się, że wcale z tym wszystkim się nie ociągałem. Rzeczywiście, każdy dzień to była dla mnie masa roboty (nawet schudłem 3 kg w tym czasie), a mimo to dręczyło mnie sumienie, że marnuję wakacje na coś takiego. Chodziło mi bardziej o wakacje Adasia, bo podczas tych dwóch tygodni spałem z nim w jednym pokoju. Nie obrażał się, nie czepiał (przecież to nic takiego). Ja po prostu czuję się winny za kilka momentów z naszego dzieciństwa, gdy byłem dla niego zły. On zdaje się już o nich zapomniał, ale ja pamiętam i chcę mu jakoś to wszystko wynagrodzić.
Kiedyś nawet miał taki zegarek z kalkulatorem... Pożyczył mi, a ja go zgubiłem...
Adaś wyrósł na niezłego cwaniaczka i często stara się pokazać swoją wyższość nad innymi (wydaje mi się, że to kwestia dojrzewania). Nie omija to mnie i choć czasem mam ochotę mu porządnie przypierdolić, daję się poniżać jak tylko mogę. Wiem, że to nieodpowiednie. Wiem, że wiele rzeczy jakie robię jest nieodpowiednia, lecz i tak postępuję wbrew logice.

Minęło półtora miesiąca od śmierci Parysa, a ja wciąż każdego dnia go wspominam. Teraz niestety już nie tylko w ten "szlachetny" sposób, ale także ten najgorszy, przyrównując jego odejście do czegoś innego. Wymyślam wydarzenia, które mogłyby być gorsze od tego co się stało, a chwilę potem... nie jestem już tego taki pewny. Nie jestem pewny czy na pewno byłyby gorsze. Dotarłem już tak w swoich wyobrażeniach bardzo daleko i naprawdę... śmierć ma potężną siłę. Mało co może jej dorównać.

Marcin zostawił nam na tydzień swoje dzieci. Ola i Basia są całkowicie różne, ale jedno je łączy: są... trochę niewychowane. Przypominają mi moją mamę, która jest inteligentna i sprytna, ale przy tym kapryśna i nigdy nie słucha nikogo poza sobą (a propos mamy- dziwnie jest słyszeć, gdy ktoś mówi na nią "babcia". To z miejsca postarza człowieka o jakieś 30 lat). Jednak ten tydzień sprawił, że poczułem się bardziej pewny siebie, przejmuję się mniejszą ilością sytuacji (w końcu z dziećmi obciachu doświadczałem cały czas) i odkryłem w sobie nowe umiejętności. Jakie to umiejętności? Całkiem dobrze opiekuję się dziećmi! Jutro przyjeżdża Marcin i pewnie będzie zaskoczony tym jak odmieniliśmy Basię i Olę (Mama, Adaś i ja). Stały się spokojniejsze, ale nie boją się zadawać pytań. Tą ciekawość w nich uwielbiam. A gdy odpowiedź na postawione przez nie pytanie okazuje się zawiła, kocham patrzeć jak gapią się w jedne miejsce, z miną wyrażającą postępujące w ich małych główkach obliczenia kwantowe.

To byłoby na tyle. Dzisiaj nie chce mi się wstawiać muzyki. Mam tylko nadzieję, że nadchodzący miesiąc nie rozczaruje mnie brakiem interesujących wydarzeń.

Komentarze