Parynio
8 lipca
Chociaż uważam, ze mam otwarty umysł i kilka oryginalnych opinii, jestem prawie we wszystkim bardzo przeciętny. Szczególnie jeśli chodzi o emocje. Szok po śmierci Parysa był ogromny i w pewnym stopniu trzyma mnie nadal. Reaguję na takie rzeczy w podobny sposób do większości ludzi. Śmierć to coś przed czym nie da się uciec, a nawet przestać o niej myśleć jest bardzo ciężko. Jakimś światełkiem w tunelu zdaje się zgłębianie zasad reinkarnacji...ale boje się, że gdy znajdę się blisko tego światła, ono zniknie. A wtedy już zupełnie nie będę wiedział co dalej.
Całe życie uważałem się za mistrza tworzenia spierdolińskich wymówek, subtelnych wybrnięć czy ogólnego unikania niekomfortowych sytuacji. Lecz teraz, gdy przychodzi zmierzyć się z czymś poważnym, nie mam siły. Jestem uwięziony i z bardzo małą nadzieją na poprawę.
Może jeśli znajdziemy czarnego pudelka urodzonego w okolicach 5 lipca to będzie to kolejne wcielenie Parysa?
Wszystko co piszę wydaje mi się teraz takie...zwyczajne. Ale sytuacja weryfikuje, może tak naprawdę nie lubię nadmiernie wysilać się nad skomplikowanymi i wyszukanymi zdaniami?
----------------------------------------------------------------------------------
10 lipca
Jest już lepiej. Czas naprawdę leczy rany. Niezliczoną ilość razy mówiłem do siebie w myślach: "Oby ten smutek przeszedł mi szybko. Wiem, że może tak być.".
Czas to coś nienawidzonego, lecz akurat w takich przypadkach potrafi być jedynym ukojeniem.
Trochę tego nie rozumiem: pamiętam wszystkie rzeczy związane z Parysem, jakie wspominałem z wielkim bólem cztery dni temu. Dołują one nadal, ale mimo wszystko jest lepiej. Nie rozumiem na jakiej zasadzie to działa. Parys nie przebywał u nas na tyle, bym mógł powiedzieć, że przywykam do jego nieobecności. Nieobecny był często. Powód mojego smutku to głównie to, że żył krótko. Tego nie zmienię, do tego nie przywyknę. Mimo to jest lepiej, jakim cudem?
Mam wrażenie, jakby zalążek każdej z religii powstał w umysłach ludzi, którzy przeżywali największe tragedie. W każde wakacje nawiedzają mnie dziesiątki snów, obym ani razu nie musiał mierzyć się z tym potwornie realistycznym wyobrażeniu utraty całej rodziny.
Chociaż uważam, ze mam otwarty umysł i kilka oryginalnych opinii, jestem prawie we wszystkim bardzo przeciętny. Szczególnie jeśli chodzi o emocje. Szok po śmierci Parysa był ogromny i w pewnym stopniu trzyma mnie nadal. Reaguję na takie rzeczy w podobny sposób do większości ludzi. Śmierć to coś przed czym nie da się uciec, a nawet przestać o niej myśleć jest bardzo ciężko. Jakimś światełkiem w tunelu zdaje się zgłębianie zasad reinkarnacji...ale boje się, że gdy znajdę się blisko tego światła, ono zniknie. A wtedy już zupełnie nie będę wiedział co dalej.
Całe życie uważałem się za mistrza tworzenia spierdolińskich wymówek, subtelnych wybrnięć czy ogólnego unikania niekomfortowych sytuacji. Lecz teraz, gdy przychodzi zmierzyć się z czymś poważnym, nie mam siły. Jestem uwięziony i z bardzo małą nadzieją na poprawę.
Może jeśli znajdziemy czarnego pudelka urodzonego w okolicach 5 lipca to będzie to kolejne wcielenie Parysa?
Wszystko co piszę wydaje mi się teraz takie...zwyczajne. Ale sytuacja weryfikuje, może tak naprawdę nie lubię nadmiernie wysilać się nad skomplikowanymi i wyszukanymi zdaniami?
----------------------------------------------------------------------------------
10 lipca
Jest już lepiej. Czas naprawdę leczy rany. Niezliczoną ilość razy mówiłem do siebie w myślach: "Oby ten smutek przeszedł mi szybko. Wiem, że może tak być.".
Czas to coś nienawidzonego, lecz akurat w takich przypadkach potrafi być jedynym ukojeniem.
Trochę tego nie rozumiem: pamiętam wszystkie rzeczy związane z Parysem, jakie wspominałem z wielkim bólem cztery dni temu. Dołują one nadal, ale mimo wszystko jest lepiej. Nie rozumiem na jakiej zasadzie to działa. Parys nie przebywał u nas na tyle, bym mógł powiedzieć, że przywykam do jego nieobecności. Nieobecny był często. Powód mojego smutku to głównie to, że żył krótko. Tego nie zmienię, do tego nie przywyknę. Mimo to jest lepiej, jakim cudem?
Mam wrażenie, jakby zalążek każdej z religii powstał w umysłach ludzi, którzy przeżywali największe tragedie. W każde wakacje nawiedzają mnie dziesiątki snów, obym ani razu nie musiał mierzyć się z tym potwornie realistycznym wyobrażeniu utraty całej rodziny.
Komentarze
Prześlij komentarz