Uff, zajętość!
Większość matur za mną. Cóż, wyszło jak zwykle, czyli kupa hałasu o nic. Ludzie pytali mnie każdego dnia: "Jak ci poszło?", a ja byłem zdziwiony, bo- to nic takiego. To nie był żaden wielki wysiłek, nie przygotowywałem się do tego długo i nie rozumiałem tego rabanu, który od co najmniej roku był nam, maturzystom serwowany przez nauczycieli. Matura, jak i wiele, na pozór mniej ważnych rzeczy, będzie tkwić w pamięci przez całe lub przez większość życia, ale i tak bardzo szybko zajmie miejsce tego "co wspomina się od święta". Jak zwykle wszystko usunie się w cień, a cała przeszłość okaże się błaha. A cały przeżyty stres niepotrzebny! Szkoda, że to nic nie da i nadal będziemy się stresować. Przynajmniej ja.
Żałuję, że życie polega głównie na zamartwianiu się rzeczami, które nie wynikają z zaplanowania i które przysłaniają właśnie takie szczególne momenty jak matura. Bo to jest szczególny moment, prawda? Nawet jeśli w rzeczywistości mało znaczy praktycznie, to i tak nasze umysły mogą podnieść go do rangi czegoś niesamowitego.
Samo to zmuszenie się do nauki, to specyficzne uczucie, że można wiedzieć wszystko jest czymś wyjątkowym. Dzisiaj zaliczyłem jedną z najtrudniejszych matur, czyli tą z historii sztuki. Uczyłem się do niej od mniej-więcej dwóch tygodni, co jest jak na mnie czymś niespotykanym. Matematykę rozszerzoną zawaliłem, ale do niej uczyłem się trzy dni. I tak były to trzy pełne wysiłku dni, kiedy zrozumiałem wiele rzeczy, które jawiły mi się jako zagadka przez większość liceum.
Czuję się pełny wiedzy jak nigdy dotąd. Męczę ludzi swoim czczym gadaniem, przemyśleniami na temat arkuszy maturalnych, spódniczek na biodrach koleżanek i wielu innych rzeczy. Bo chcę! Bo mam coś do powiedzenia. Coś co może nie jest do końca unikalne, ale jest moje. Jest na pewno czymś moim, bo to ja stworzyłem te myśli, przefiltrowałem je przez swoje życie i doświadczenia, aż do ostatecznej postaci w formacie skromnych facebookowych rozmów czy nieco lepszych konwersacji w cztery oczy. Teraz wyraźniej dostrzegam sens w mówieniu czegoś co może ten sens mieć. W tym przypadku jeśli "może" to "ma". Dzielę się swoją analizą, tak jak twórcy matur nie zmuszają do odkrywania Ameryki stworzonymi przez siebie zadaniami, ale tworzą wraz z maturzystami historie, które mogą okazać się czymś niepowtarzalnym. Na wielkie rzeczy składają się skromne początki.
I tak rozważając najdokładniej każdy problem, dochodzę do momentu, gdy wydaje mi się, że wszystko nie ma już sensu. I co z tego? Czy musimy zawsze poszukiwać granicy?
Co ja mam ze sobą począć w te długie wakacje w takim razie? Przez ostatni miesiąc robiłem i myślałem tak dużo, że czuję jakby minęło pół roku. I nie chcę by się to teraz zatrzymało dla okresu rozleniwienia. Nie odnalazłem jeszcze swojej "drogi", którą mógłbym dynamicznie podążać przez nadchodzące cztery miesiące. Właściwie to całej plątaniny dróg, gdyż nic nie jest proste, a przyszłość nigdy nie okazuje się tak jasno określona jak w naszych wyobrażeniach. Zawsze dochodzą do tego problemy, losowe wydarzenia i przyjemne, choć niespodziewane momenty oraz te magiczne spotkania, których nikt z nas nie przewiduje. Ach, aż nie mogę się doczekać aż wiele z takich rzeczy mnie spotka w te wakacje! Nawet jeśli nie będą przyjemne- ważne, że będą. Że COŚ będzie.
A, jeszcze zaliczyłem egzamin dyplomowy w części teoretycznej (nie wiem czy pisałem o praktycznej). Co jak co, ale rozmowności nie można mi odmówić i moja wypowiedź była bardzo długa, w porównaniu do tych w wykonaniu moich koleżanek i kolegów. Wiecie co? Nawet udaje mi się czasami wydusić coś odkrywczego!
Podobnie było na maturze ustnej z polskiego, dla której dyplom był niejako wprawką. Chociaż to może kwestia przyjaznej komisji, która chciała by poszło mi jak najlepiej? Tak czułem się i na dyplomie i na maturze. Najlepiej zaś mówić jakby mówiło się do siebie- wtedy jest pewne, że powiemy wszystko, a komisja i tak nie obrazi się za wszystkie niedociągnięcia językowe czy logiczne. W każdym razie, lepsze to niż krępująca cisza, szczególnie w takich momentach. Trzeba mieć jakieś priorytety, a strach powinniśmy czuć większy przed ciszą niż przed wygłupieniem się gadaniem od rzeczy. Nauczyciele też byli kiedyś młodzi i powinni zrozumieć, że nie każda sytuacja, gdzie uczeń nie okazuje się być mistrzem retoryki, ma podłoże w braku wiedzy.
Radiohead- Burn the Witch W końcu, po pięciu latach, Radiohead udało się wydać płytę. Wyczekiwane LP9, o którym krążyła w necie masa memów. Ciekawe czy w momencie, gdy to kolejny raz czytam (o ile to przeczytam jeszcze kiedykolwiek), zespół ten wydał coś nowszego od "A Moon Shaped Pool". Bardzo bym tego chciał, ponieważ czuję, że członkowie Radiohead potrafią razem stworzyć coś unikatowego. Oddzielnie nie wychodzi już im tak dobrze. A jaki jest nowy album? Łagodny, posępny i chłodny. Kontrastuje z The King of Limbs swoim okiełznaniem i zbliżonymi do tradycyjnych melodiami. Oczywiście, nie są one nigdy w pełni czyste- i za to twórcom dziękuję, bo dzięki temu ich muzyka nie nudzi się tak szybko jak ta od innych. (wstawiłbym link do innego utworu, bo ten nie za dobrze oddaje ducha płyty, ale niczego lepszego jeszcze na Youtube nie ma. Decks Dark- mój osobisty faworyt)
Chociaż...w maju zdecydowanie wolę słuchać czegoś w stylu "Painting With" od Animal Collective. "A Moon Shaped Pool" będzie moim zimowym albumem.
Żałuję, że życie polega głównie na zamartwianiu się rzeczami, które nie wynikają z zaplanowania i które przysłaniają właśnie takie szczególne momenty jak matura. Bo to jest szczególny moment, prawda? Nawet jeśli w rzeczywistości mało znaczy praktycznie, to i tak nasze umysły mogą podnieść go do rangi czegoś niesamowitego.
Samo to zmuszenie się do nauki, to specyficzne uczucie, że można wiedzieć wszystko jest czymś wyjątkowym. Dzisiaj zaliczyłem jedną z najtrudniejszych matur, czyli tą z historii sztuki. Uczyłem się do niej od mniej-więcej dwóch tygodni, co jest jak na mnie czymś niespotykanym. Matematykę rozszerzoną zawaliłem, ale do niej uczyłem się trzy dni. I tak były to trzy pełne wysiłku dni, kiedy zrozumiałem wiele rzeczy, które jawiły mi się jako zagadka przez większość liceum.
Czuję się pełny wiedzy jak nigdy dotąd. Męczę ludzi swoim czczym gadaniem, przemyśleniami na temat arkuszy maturalnych, spódniczek na biodrach koleżanek i wielu innych rzeczy. Bo chcę! Bo mam coś do powiedzenia. Coś co może nie jest do końca unikalne, ale jest moje. Jest na pewno czymś moim, bo to ja stworzyłem te myśli, przefiltrowałem je przez swoje życie i doświadczenia, aż do ostatecznej postaci w formacie skromnych facebookowych rozmów czy nieco lepszych konwersacji w cztery oczy. Teraz wyraźniej dostrzegam sens w mówieniu czegoś co może ten sens mieć. W tym przypadku jeśli "może" to "ma". Dzielę się swoją analizą, tak jak twórcy matur nie zmuszają do odkrywania Ameryki stworzonymi przez siebie zadaniami, ale tworzą wraz z maturzystami historie, które mogą okazać się czymś niepowtarzalnym. Na wielkie rzeczy składają się skromne początki.
I tak rozważając najdokładniej każdy problem, dochodzę do momentu, gdy wydaje mi się, że wszystko nie ma już sensu. I co z tego? Czy musimy zawsze poszukiwać granicy?
Co ja mam ze sobą począć w te długie wakacje w takim razie? Przez ostatni miesiąc robiłem i myślałem tak dużo, że czuję jakby minęło pół roku. I nie chcę by się to teraz zatrzymało dla okresu rozleniwienia. Nie odnalazłem jeszcze swojej "drogi", którą mógłbym dynamicznie podążać przez nadchodzące cztery miesiące. Właściwie to całej plątaniny dróg, gdyż nic nie jest proste, a przyszłość nigdy nie okazuje się tak jasno określona jak w naszych wyobrażeniach. Zawsze dochodzą do tego problemy, losowe wydarzenia i przyjemne, choć niespodziewane momenty oraz te magiczne spotkania, których nikt z nas nie przewiduje. Ach, aż nie mogę się doczekać aż wiele z takich rzeczy mnie spotka w te wakacje! Nawet jeśli nie będą przyjemne- ważne, że będą. Że COŚ będzie.
A, jeszcze zaliczyłem egzamin dyplomowy w części teoretycznej (nie wiem czy pisałem o praktycznej). Co jak co, ale rozmowności nie można mi odmówić i moja wypowiedź była bardzo długa, w porównaniu do tych w wykonaniu moich koleżanek i kolegów. Wiecie co? Nawet udaje mi się czasami wydusić coś odkrywczego!
Podobnie było na maturze ustnej z polskiego, dla której dyplom był niejako wprawką. Chociaż to może kwestia przyjaznej komisji, która chciała by poszło mi jak najlepiej? Tak czułem się i na dyplomie i na maturze. Najlepiej zaś mówić jakby mówiło się do siebie- wtedy jest pewne, że powiemy wszystko, a komisja i tak nie obrazi się za wszystkie niedociągnięcia językowe czy logiczne. W każdym razie, lepsze to niż krępująca cisza, szczególnie w takich momentach. Trzeba mieć jakieś priorytety, a strach powinniśmy czuć większy przed ciszą niż przed wygłupieniem się gadaniem od rzeczy. Nauczyciele też byli kiedyś młodzi i powinni zrozumieć, że nie każda sytuacja, gdzie uczeń nie okazuje się być mistrzem retoryki, ma podłoże w braku wiedzy.
Radiohead- Burn the Witch W końcu, po pięciu latach, Radiohead udało się wydać płytę. Wyczekiwane LP9, o którym krążyła w necie masa memów. Ciekawe czy w momencie, gdy to kolejny raz czytam (o ile to przeczytam jeszcze kiedykolwiek), zespół ten wydał coś nowszego od "A Moon Shaped Pool". Bardzo bym tego chciał, ponieważ czuję, że członkowie Radiohead potrafią razem stworzyć coś unikatowego. Oddzielnie nie wychodzi już im tak dobrze. A jaki jest nowy album? Łagodny, posępny i chłodny. Kontrastuje z The King of Limbs swoim okiełznaniem i zbliżonymi do tradycyjnych melodiami. Oczywiście, nie są one nigdy w pełni czyste- i za to twórcom dziękuję, bo dzięki temu ich muzyka nie nudzi się tak szybko jak ta od innych. (wstawiłbym link do innego utworu, bo ten nie za dobrze oddaje ducha płyty, ale niczego lepszego jeszcze na Youtube nie ma. Decks Dark- mój osobisty faworyt)
Chociaż...w maju zdecydowanie wolę słuchać czegoś w stylu "Painting With" od Animal Collective. "A Moon Shaped Pool" będzie moim zimowym albumem.
Komentarze
Prześlij komentarz