Sklepy cynamonowe
Mój blogu. Jedyny i najwspanialszy. Dawno mnie tutaj nie było.
Od tego wszechobecnego stresu dostaję tików nerwowych i trzęsie mi się głowa. Każde wspomnienie o maturze, dyplomie czy studiach to dla mnie momentalny paraliż, pot i szybsze bicie serca.
Chcę być najlepszy. I piszę to po to, by później, czytając swoje stare posty nie myśleć "kurwa... Znowu zawiodłem samego siebie". To taki trick dla motywacji.
Myślałem o dziewczynach.
No super, chłopak myślał o dziewczynach! To takie rzadkie! Każdy z nas nie myśli o nich nigdy. Tylko zawsze. Nie no, nie tak często w sumie.
Ważne co konkretnie miałem w głowie w związku z tym tematem.
Nudę. Nudzą mnie wszystkie poznane niezajęte dziewczyny. Te zajęte zaś są zupełnie nieatrakcyjne przez to, że zajęte. Nieidealność kusi. Kuszą wady, dziwne opinie, oryginalne zainteresowania i otwarty umysł. Kuszą żarty! Nie pamiętam kiedy jakakolwiek dziewczyna, wobec której mógłbym mieć jakieś plany, opowiedziała żart. Dziewczyny są po prostu mało zabawne- stwierdzam to z bólem. Domagam się śmiechu. Chcę kobietę z fochem, okresem, cellulitem i całym zestawem obaw co do swojego życia. I poczuciem humoru. I ironią. Dużo wymagam? Chyba jednak za dużo. Nie obchodzi mnie czy cycki są obwisłe czy za małe, czy nos krzywy czy biodra za wąskie. To naprawdę nie ma znaczenia. Kobiety przesadzają ze swoimi kompleksami tak jak i mężczyźni ze swoimi. Wina świata. Wina mediów, celebrytów i filmów. Boli mnie ten nienaturalny świat, gdzie mało kto wie co naprawdę lubi robić i boi się nawet tego poszukać.
To fakt- gdy widzę zgrabną dziewczynę to myślę przez chwilę jakbym ja pukał i dmuchał. Ale tylko przez chwilę. Potem skupiam się na tej zamyślonej, spokojnej istotce, która stoi gdzieś z boku. O której myślę, że musi być moją przyszła żoną. I która minutę później daje mi kosza.
Czy tylko mi to co napisałem wydaje się bardzo żałosne?
Post będzie trochę chaotyczny, bo piszę go od kilku dni, ze względu na brak jednego dłuższego bloku wolnego czasu. W ostatnim czasie przerzuciłem się na "utrwalanie przeszłości" przez ambitniejsze rozmowy ze znajomymi. W internecie i tak wszystko pozostaje, czyż nie? Wiem, że to nie to samo co blog, gdzie każde słowo potrafię przemyśleć aż na 10% swoich możliwości, ale jednak mówiąc komuś "nie mogę teraz z tobą pogadać, bo piszę post na bloga" czuję jakbym dobrowolnie zamurował się w ścianie, przez którą słychać dobrze bawiących się w pokoju obok ludzi.
Muszę kolejny raz wyżalić się na temat niesprawiedliwości. Nie to, że kolejny raz ona mnie jakoś specjalnie dotyka. To znaczy... tak jest, ale nie w ten najgorszy sposób. Nigdy nie jestem najbardziej poszkodowany. Po prostu chciałbym zabrać ludziom to na co nie zasłużyli. Bo jeśli życie mamy tylko jedno to bardzo szkoda, że ten konkretny frajer, który prześladował mniejszych od siebie w gimnazjum, ma teraz wszystko i prawdopodobnie będzie mieć wszystko aż do śmierci. Nie ma żadnej drugiej szansy, nie ma prawdopodobnie żadnego drugiego "bycia", gdzie z pełną świadomością można powiedzieć sobie "teraz przyszła kolej na mnie w byciu szczęśliwym". Szkoda, że w świecie takim jak ten, gdzie proste lub bardziej skomplikowane wnioski wyciąga się na podstawie pierwszego wrażenia, czyjeś życie tak łatwo jest ocenić jako "zmarnowane", nie znając całej historii tego człowieka, który być może musiał borykać się z nieprawdopodobnie dużymi przeciwnościami losu.
Życie pisze najciekawsze scenariusze. A ciekawy potrafi być niestety też smutek...
U, ten post wyszedł taki poważny! Spokojnie, na zewnątrz nadal jestem słodziachny.
Animal Collective- Did you see the words Jedna z najpiękniejszych piosenek jakie słyszałem w życiu. Pisanie czegoś takiego jak "jeden z najlepszych" sprawia mi trudność, bo zawsze gardziłem tym niezdecydowaniem, które widzę w każdej recenzji czy czymś-tam-innym. Mówię sobie "zdecydujcie się! Nie wiem co to znaczy "jeden z najlepszych"! Za rok będzie to już według was dno i dwa metry mułu!", chociaż wiem, że sam też się zmieniam i jak szybko (wciąż uwielbiane) utwory spadają w hierarchii, która stale powiększa się u mnie o nowe poziomy- "arcydzieło arcydzieł", "bardzo mega arcydzieło arcydzieł" i tym podobne... Jakkolwiek głupio by te określenia nie brzmiały :D
Od tego wszechobecnego stresu dostaję tików nerwowych i trzęsie mi się głowa. Każde wspomnienie o maturze, dyplomie czy studiach to dla mnie momentalny paraliż, pot i szybsze bicie serca.
Chcę być najlepszy. I piszę to po to, by później, czytając swoje stare posty nie myśleć "kurwa... Znowu zawiodłem samego siebie". To taki trick dla motywacji.
Myślałem o dziewczynach.
No super, chłopak myślał o dziewczynach! To takie rzadkie! Każdy z nas nie myśli o nich nigdy. Tylko zawsze. Nie no, nie tak często w sumie.
Ważne co konkretnie miałem w głowie w związku z tym tematem.
Nudę. Nudzą mnie wszystkie poznane niezajęte dziewczyny. Te zajęte zaś są zupełnie nieatrakcyjne przez to, że zajęte. Nieidealność kusi. Kuszą wady, dziwne opinie, oryginalne zainteresowania i otwarty umysł. Kuszą żarty! Nie pamiętam kiedy jakakolwiek dziewczyna, wobec której mógłbym mieć jakieś plany, opowiedziała żart. Dziewczyny są po prostu mało zabawne- stwierdzam to z bólem. Domagam się śmiechu. Chcę kobietę z fochem, okresem, cellulitem i całym zestawem obaw co do swojego życia. I poczuciem humoru. I ironią. Dużo wymagam? Chyba jednak za dużo. Nie obchodzi mnie czy cycki są obwisłe czy za małe, czy nos krzywy czy biodra za wąskie. To naprawdę nie ma znaczenia. Kobiety przesadzają ze swoimi kompleksami tak jak i mężczyźni ze swoimi. Wina świata. Wina mediów, celebrytów i filmów. Boli mnie ten nienaturalny świat, gdzie mało kto wie co naprawdę lubi robić i boi się nawet tego poszukać.
To fakt- gdy widzę zgrabną dziewczynę to myślę przez chwilę jakbym ja pukał i dmuchał. Ale tylko przez chwilę. Potem skupiam się na tej zamyślonej, spokojnej istotce, która stoi gdzieś z boku. O której myślę, że musi być moją przyszła żoną. I która minutę później daje mi kosza.
Czy tylko mi to co napisałem wydaje się bardzo żałosne?
Post będzie trochę chaotyczny, bo piszę go od kilku dni, ze względu na brak jednego dłuższego bloku wolnego czasu. W ostatnim czasie przerzuciłem się na "utrwalanie przeszłości" przez ambitniejsze rozmowy ze znajomymi. W internecie i tak wszystko pozostaje, czyż nie? Wiem, że to nie to samo co blog, gdzie każde słowo potrafię przemyśleć aż na 10% swoich możliwości, ale jednak mówiąc komuś "nie mogę teraz z tobą pogadać, bo piszę post na bloga" czuję jakbym dobrowolnie zamurował się w ścianie, przez którą słychać dobrze bawiących się w pokoju obok ludzi.
Muszę kolejny raz wyżalić się na temat niesprawiedliwości. Nie to, że kolejny raz ona mnie jakoś specjalnie dotyka. To znaczy... tak jest, ale nie w ten najgorszy sposób. Nigdy nie jestem najbardziej poszkodowany. Po prostu chciałbym zabrać ludziom to na co nie zasłużyli. Bo jeśli życie mamy tylko jedno to bardzo szkoda, że ten konkretny frajer, który prześladował mniejszych od siebie w gimnazjum, ma teraz wszystko i prawdopodobnie będzie mieć wszystko aż do śmierci. Nie ma żadnej drugiej szansy, nie ma prawdopodobnie żadnego drugiego "bycia", gdzie z pełną świadomością można powiedzieć sobie "teraz przyszła kolej na mnie w byciu szczęśliwym". Szkoda, że w świecie takim jak ten, gdzie proste lub bardziej skomplikowane wnioski wyciąga się na podstawie pierwszego wrażenia, czyjeś życie tak łatwo jest ocenić jako "zmarnowane", nie znając całej historii tego człowieka, który być może musiał borykać się z nieprawdopodobnie dużymi przeciwnościami losu.
Życie pisze najciekawsze scenariusze. A ciekawy potrafi być niestety też smutek...
U, ten post wyszedł taki poważny! Spokojnie, na zewnątrz nadal jestem słodziachny.
Animal Collective- Did you see the words Jedna z najpiękniejszych piosenek jakie słyszałem w życiu. Pisanie czegoś takiego jak "jeden z najlepszych" sprawia mi trudność, bo zawsze gardziłem tym niezdecydowaniem, które widzę w każdej recenzji czy czymś-tam-innym. Mówię sobie "zdecydujcie się! Nie wiem co to znaczy "jeden z najlepszych"! Za rok będzie to już według was dno i dwa metry mułu!", chociaż wiem, że sam też się zmieniam i jak szybko (wciąż uwielbiane) utwory spadają w hierarchii, która stale powiększa się u mnie o nowe poziomy- "arcydzieło arcydzieł", "bardzo mega arcydzieło arcydzieł" i tym podobne... Jakkolwiek głupio by te określenia nie brzmiały :D
Komentarze
Prześlij komentarz