Wujku
Dobra, zacząłem interesować się plenerem. Teraz, gdy za dwa dni wyjeżdżam.
Nie panikuję. Myślę, że wszystko będzie dobrze i nie odwalę żadnej głupoty jak to zwykle NIE mam w naturze.
(ściąłem w końcu moje kudły, głowa taka lekka!)
(po deszczu wszystko jest takie wyraźne, takie dzikie, aż chce się żyć!)
Jak zwykle czas przeciekł mi przez palce. Każdy dzień wydaje się dobrze przeżyty, a mimo to nie pamiętam jak dotarłem do dzisiaj. Czy był jakiś szczególny punkt, jakieś rozstanie lub wręcz przeciwnie- jakieś poznanie? Nie, skąd. Jak zwykle nie. Nie wiem jak to się dzieje, ale mimo tylu miejsc w których jestem, ogromnej ilości zajętego czasu i sympatii jaką wydaje mi się, że przekazuję innym ludziom moje życie jest... suche. Jest jakby poboczne w tym wszystkim. Wydaje mi się, że oprócz młodszego brata nikt mnie nie zna. Codziennie marzę by się to w końcu skończyło. Plenerowi ta myśl towarzyszy najczęściej, a chyba powinna chęć stworzenia czegoś fajnego. Osobiście- malowanie mam gdzieś. Skręca mnie w kiszkach na myśl o dalekich konsekwencjach mojego lekceważenia, ale uczucie samotności dołuje mnie już tak bardzo, że zajmuje większość czasu, który powinienem przeznaczyć na zamartwianie się czymś innym.
Ech...ale ja cieszę się życiem, naprawdę.
Opowiem dzisiaj o moim wujku od strony ojca, Bogusławie.
Dobra, nie. Albo tak. To tak okropnie smutne...Dawno tego nie mówiłem, ale...mój boże.
Wujek stracił w bardzo krótkim czasie brata (mojego ojca), jedynego syna i żonę. Wszystko to stało się niespodziewanie- ojciec zmarł po kilku dniach pobytu w szpitalu na niewykrytego wcześniej raka, Rafał zginął w wypadku samochodowym, a ciotka dostała serii wylewów po wielu latach względnie zdrowego życia. Nie widziałem się z wujkiem od czasu pogrzebu jego syna, lecz domyślam się jak może się teraz czuć. Jedyne co widzę to znicze jakie zostawia na grobach swojej rodziny co tydzień. On żyje zmarłymi. Stracił wszystkich, których kochał. Mój boże, kurwa...
Zmiękłem doszczętnie. Jedna za drugą, myśli powoli mnie niszczą.
Nie panikuję. Myślę, że wszystko będzie dobrze i nie odwalę żadnej głupoty jak to zwykle NIE mam w naturze.
(ściąłem w końcu moje kudły, głowa taka lekka!)
(po deszczu wszystko jest takie wyraźne, takie dzikie, aż chce się żyć!)
Jak zwykle czas przeciekł mi przez palce. Każdy dzień wydaje się dobrze przeżyty, a mimo to nie pamiętam jak dotarłem do dzisiaj. Czy był jakiś szczególny punkt, jakieś rozstanie lub wręcz przeciwnie- jakieś poznanie? Nie, skąd. Jak zwykle nie. Nie wiem jak to się dzieje, ale mimo tylu miejsc w których jestem, ogromnej ilości zajętego czasu i sympatii jaką wydaje mi się, że przekazuję innym ludziom moje życie jest... suche. Jest jakby poboczne w tym wszystkim. Wydaje mi się, że oprócz młodszego brata nikt mnie nie zna. Codziennie marzę by się to w końcu skończyło. Plenerowi ta myśl towarzyszy najczęściej, a chyba powinna chęć stworzenia czegoś fajnego. Osobiście- malowanie mam gdzieś. Skręca mnie w kiszkach na myśl o dalekich konsekwencjach mojego lekceważenia, ale uczucie samotności dołuje mnie już tak bardzo, że zajmuje większość czasu, który powinienem przeznaczyć na zamartwianie się czymś innym.
Ech...ale ja cieszę się życiem, naprawdę.
Opowiem dzisiaj o moim wujku od strony ojca, Bogusławie.
Dobra, nie. Albo tak. To tak okropnie smutne...Dawno tego nie mówiłem, ale...mój boże.
Wujek stracił w bardzo krótkim czasie brata (mojego ojca), jedynego syna i żonę. Wszystko to stało się niespodziewanie- ojciec zmarł po kilku dniach pobytu w szpitalu na niewykrytego wcześniej raka, Rafał zginął w wypadku samochodowym, a ciotka dostała serii wylewów po wielu latach względnie zdrowego życia. Nie widziałem się z wujkiem od czasu pogrzebu jego syna, lecz domyślam się jak może się teraz czuć. Jedyne co widzę to znicze jakie zostawia na grobach swojej rodziny co tydzień. On żyje zmarłymi. Stracił wszystkich, których kochał. Mój boże, kurwa...
Zmiękłem doszczętnie. Jedna za drugą, myśli powoli mnie niszczą.
Komentarze
Prześlij komentarz