Już nawet ideały są lepsze

Nie rozumiem w życiu wielu rzeczy. Jedną z nich jest z pewnością wiara ludzi w Boga (a szczególnie podążanie jak owieczki za tym co każe Kościół) przy współczesnym średnim poziomie inteligencji. Drugą rzeczą jest fakt, że w szkole ZAWSZE jestem traktowany jak ktoś zdrowy.
Wiem, że po mnie nie widać tak gigantycznej wady postawy (ponad 50 stopni skoliozy dwułukowej, ogromna kifoza piersiowa i lordoza lędźwiowa, zrośnięte kręgi w odcinku piersiowym, zniekształcone żebra i jedno dodatkowe, łamliwość kości), bo noszę luźne ubrania, ale to co mówię nauczycielom o moim zdrowiu jest cholerną prawdą. Mam chodzić w obcisłych ciuchach, by wszyscy ludzie to widzieli? Nie chcę wyglądać jak garbus (pewnie i tak tak wyglądam), wstydzę się tego jaki jestem. I chyba tak już pozostanie. Nie potrafię tego zmienić, codzienne wielogodzinne ćwiczenia, jeżdżenie do szpitala, na turnusy, do sanatorium, basen i kinezyterapia nie pomagają. Zwolnienie z wf'u traktowane jest jak wymigiwanie się od wysiłku fizycznego, choć męczę się o wiele wiele bardziej tym, żeby móc dożyć w spokoju chociaż do tej 30-tki. Dotąd jeszcze nigdy nie było poprawy. Pewnie tylko przesuwam dzień, w którym w końcu zacznę jeździć na wózku inwalidzkim.
Zwolnienie od lekarza rodzinnego? Skąd mam wziąć inne? Wystarczy to, że będąc w gabinecie nie muszę prawie nic mówić, gdyż od razu po spojrzeniu na wyniki moich badań jest wielkie przerażenie i dostaję to po co przyszedłem. Do chirurga, u którego spędzam co pół roku parę godzin analizując co dalej ze sobą robić czeka się kilka miesięcy.
W plastyku muszę stać 5 godzin przy sztaludze, ubijać cholerną glinę, nosić pieprzone wiadra z wodą, prace na wystawy. I to wszystko przy wiedzy nauczycieli o moim stanie zdrowia. BO JA PRZECIEŻ ZGRABNY CHŁOPAK JESTEM, TYLKO TROCHĘ CIOTOWATY. Tak, więc trzeba zrobić ze mnie mężczyznę za wszelką cenę.

Przez to, że jestem dość "wczesnym wcześniakiem" (ponad 2 miesiące przed czasem) pojawiają się jeszcze u mnie problemy z wątrobą, sercem i trzustką. Może o tym też powiedzieć? Chociaż nie wiem czy to coś zmieni. Powoli już tracę nadzieję. Z podstawówki, na gimnazjum, na liceum to samo. Pedagodzy, a nie potrafią stworzyć tak prostej diagnozy jak każdy lekarz jakiego w życiu spotkałem.
Chyba to właśnie niezrozumienie jest najważniejszą przyczyną dlaczego nie lubię mojej szkoły. Męczę się tutaj. Rozwijam się, patrzę na wszystko szerzej, ale męczę się. I przez mój rozwój, świadomość tego zmęczenia jest coraz dobitniejsza.

Musiałem to z siebie w końcu wyrzucić. Może niezbyt inteligentnie, może niezbyt oryginalnie, ale chciałbym by ktoś ze szkoły w końcu zrozumiał moją sytuację.

Pomarudziłem sobie, od razu lepiej. Chyba znowu zacznę opuszczać zajęcia.


Smutne jest jednak najbardziej to, że wszyscy mają mnie za idiotę, który nie potrafi podejmować racjonalnych decyzji, dopóki nie porozmawiają ze mną spokojnie co najmniej dwie minuty...
Jestem taki zmęczony...

Komentarze