Wszystko we właściwym miejscu

Wow, wieczorem jest niesamowicie zaskoczony tym jak wrażliwy, twórczy i inteligentny jestem.
Naprawdę, bardzo, bardzo, bardzo mocno posiadam marzenie, by spędzić kiedyś taki wieczór z kimś dla mnie ważnym. Jak dotąd, tylko podczas wycieczki klasowej do Krakowa, jednej nocy okazałem komuś swoje prawdziwe oblicze.

I teraz siedzę o pierwszej w nocy próbując coś napisać, z nadzieją, że moja wieczorna kreatywność coś stworzy.

Masa użerania się. Tak wyglądają moje ostatnie tygodnie. Denerwuje mnie ta przyziemność, to zdawanie sobie sprawy, że bohater w filmie poradził sobie z pewną sytuacją tylko dlatego, że scenariusz został napisany tak, by podejmował decyzje, dzięki którym będziemy go lubić. Wiem, że gdy pójdę do jakiegoś urzędu, nie będzie "komuś udało się tutaj nie zdenerwować", bo ja zdenerwuję się i tak, pełzając jak robak w tej szarej rzeczywistości.

Mógłbym teraz słuchać czegoś nowego, bo w środku dnia trudno jest mi polubić coś czego nie znam. Mogę wyłącznie powiedzieć "hmm...to wydaje się jeszcze lepsze niż przedtem", jednak nie będzie to nic zaskakującego, nic po czym pomyślałbym, że moje życie się wzbogaciło i teraz mógłbym umrzeć, a moja dusza (o ile istnieje) (i gdyby była tak żenująco prostacka jak te opisywane w Biblii) sądziłaby, że to co minęło całościowo się udało.

I teraz, zdaję sobie sprawę jak miałbym przesrane, gdyby grawitacja przestała istnieć. Tak naprawdę co jest najważniejsze? Grawitacja? Przestrzeń? Materia? Czas? Dywagacje sprowadzają się do tego, że każda z rzeczy jest równa sobie. Jak prosto zdobyć argument przeciwko istnieniu Boga, to może zaskakiwać. Gdyby mi się chciało przekonywać tych katoli z wypranym mózgiem wypełnionym trocinami, wygrzebałbym z czeluści umysłu moje 1123 argumenty i rzucał nimi jak pokerzysta pewny zwycięstwa swoje karty.

Łysieję na skroniach od tego ciągłego marszczenia brwi. Chodzę i marszczę. No po prostu chodzę i marszczę te cholerne brwi. Czasem jeszcze niosę szklankę. Z czymś lub bez czegoś. Chciałem ją zanieść do kuchni, ale zapomniałem i wróciłem z nią z powrotem do pokoju.
Trochę utożsamiam się ze starymi zgredami z filmów Woody'ego Allena, naprawdę.

Ciut nic się nie zmienia w te wakacje. Czuję się trochę "wewnętrznie znudzony" tym stanem. Na początku tego roku szkolnego naobiecywałem sobie wiele rzeczy, z których nic nie wyszło i wiem, że nie wyjdzie i w kolejnym.
Miałem coś dopisać, ale się zasłuchałem. W jeden utwór, potem drugi, potem trzeci, aż przeleciała moja cała playlista "ulubione". A to 9 godzin i 32 minuty ciągłej muzyki. Co ja robię ze swoim czasem...
Może już zakończę...

Flea- Pedestal of infamy
Steely Dan- Dirty work
Fake Blood- I think I like it

Komentarze