Wyliczanka

A może naprawdę zmieniają się ci, którzy dumają o swej naturze?

Wszystkie moje idee umierają, kiedy rozmyślam o człowieczeństwie, którego piękno opiera się na przeciwstawieniu konceptom i ideałom.
Wszystko nie ma dla mnie teraz sensu. Zdałem sobie sprawę, że zmarnowałem masę czasu na coś, co teraz wydaje się tak bezużyteczne. Przez te wszystkie lata obrosłem w skorupę osoby, która niepotrzebnie zastanawia się po co jesteśmy, dlaczego coś dzieje się tak, a nie inaczej.
Skorupę, która teraz zdaje się pękać. I odsłania rzeczy dla mnie dziwne, niepoznane. Bo nie zastanawiałem się nad tym co ludzkie, tylko nad tym co automatyczne.
Czy nie byłem człowiekiem? Prawdziwym na pewno nie. Odkryłem, że wszystko co najpiękniejsze nie opiera się na twardych zasadach. Na przemyśleniu owszem. Ale nie przemyśleniu czegoś co dana sprawa nie zawiera w sobie.
Wszystko jest tak proste... Dotarłem właśnie do punktu z którego wyruszyłem. Udowodniłem, że bycie idiotą to bycie kimś autentycznym, bo gdybanie tak naprawdę niczego nie zmienia.
Może teraz... gdy przesiąknę czymś innym, czymś bardziej "niedoskonałym" i mniej "uniwersalnym" będzie mi lepiej. Nie będę się już tak irytował wszystkim co dobitnie głupie. Nie chcę by to mi wciąż wyżerało mózg. Nie mogę skupić się na niczym dobrym. Nie wiem co jest dobre.
Chciałbym spojrzeć na świat oczami małego dziecka...
Nie istnieje nic poza "chęcią". Nie wiem dlaczego, nie znam tego. Jestem zepsuty.

Życie jest takie kruche... Nasze zdrowie przemija. Przemija radość, siła i plastyczność naszych umysłów. Następnie pozostaje tylko to zakończyć. Minąć się z życiem. Umrzeć tak jak miliony, zapomnianym.
Niesamowicie trudną rzeczą jest zaakceptowanie faktu, że nic tak naprawdę nie znaczymy. Niczego nie wiemy i się nie dowiemy. Smutne, że na 99% ludzie w dalekiej przyszłości będą superinteligentni, a nie odpowiedzą na żadne fundamentalne pytania.
I w tym miejscu potwierdza się moja teoria, jakoby wszystko co nas otacza było życiem, ograniczonym jednak przez własne pojmowanie i przez obrazami samych siebie jako tych "najwyższych".
Czuję, jakbyśmy żyli w czyimś umyśle, jak neurony. Kiedyś umrzemy wszyscy. A gdy umiera każdy z nas, wewnątrz naszych umysłów umierają wszechświaty. Śmierć jest taka pospolita!
Prawdopodobnie wszystko zatacza koło i wraca do punktu wyjścia.Nic nie ma prawdziwego końca. Następuje życie po życiu, bez świadomości.

Jestem dziwny na poziomie normalnym. Chciałbym być dziwny na poziomie dziwnym: intrygujący, odważny, atrakcyjny, po prostu "fajny". Niekiedy mam wrażenie, jak gdybym był nieszanowany i nierozumiany. Jak ktoś gorszy, kogo nikt nie chce lepiej poznać. Najczęściej okazuję się jednak wielkim samolubem lub po prostu myślę logicznie. I... ubolewam nad tym jacy nie są inni.

Oglądałem niedawno po raz n-ty K-Pax. Może nieco idealistyczny, ale wciąż bardzo ciekawy i zmuszający do myślenia film. Jeden z moich ulubionych od wielu lat.

Dwa tygodnie zbierania motywacji ku napisaniu posta, który ostatecznie powstaje w 10 minut. Czasami zadziwiam sam siebie tym, jak moje wyobrażenia o pustostanie mojego umysłu są błędne.

J.J. Cale- After Midnight
Charlotte Gainsbourg- Heaven Can Wait
Yann Tiersen- Comptine d'un Autre Été
Nie będę tworzył żadnych barwnych opisów do tych utworów. Niech dla każdego słuchacza będą osobistymi przeżyciami.

Komentarze