Fond but not in love
Aż coś wierci moimi wnętrznościami gdy myślę o zbliżającej się płycie Radiohead. Nie zostało jeszcze nic o niej powiedziane, ale ja wiem że będzie cudowna.
Trzeba naprawdę mało ekscytować się wiedzą by rajcowały zwyczaje, których sposoby działania są sprzeczne ze wszystkim, a mają pomagać i faktycznie pomagają w 1/1000 przypadków, czyli w związku ze świadomym działaniem osoby, która jako jedna z niewielu potrafi wziąć sprawy w swoje ręce. To nie ma sensu. Mowa tu o święceniu chlebków, cukrowych barankach, jajeczkach.
Na dodatek, nigdy nikogo nie ciekawiło po kiego czorta to się w ogóle robi i jak to może pomóc? Logicznie?
Krótko mówiąc, nie cierpię tego. Nie cierpię tych wszystkich fejsbuczków, święcenia chlebków, palemek.
Mogę szczerze powiedzieć, ze to jest naprawdę obleśne. Rzygi, kozy z nosa czy odpady radioaktywne nie obrzydzają mnie tak jak świadomość, że ludzie mogą być tacy głupi.
Bo aż boli mózg od zdania sobie sprawy z inności ludzi od mojego postrzegania tego co się liczy a co nie.
Moim zdaniem ludzie zbytnio skomplikowali sobie życie i tego nie da się odkręcić. Najchętniej usunąłbym z tego świata połowę rzeczy. Rzeczy, z którymi niestety ktoś ma wspomnienia i są mu potrzebne do życia. Teraz muszą być, kiedyś nikt by ich nie chciał. Im dłuższa nasza historia tym więcej syfu, pasożytów i brudu, oblepiającego nas samych i robiącego z nas paskudnych materialistów oceniających wszystko przez pryzmat czyjejś własności.
Religia? Chrześcijaństwo? Chrześcijaństwo jest ok. Dlaczego tak uważam? Sama wiara w Boga, w moim mniemaniu, ma czynić życie prostszym i lepszym. Jednak niektóre obrzędy, tak pięknie obchodzone przez dewotów są paskudnym robalem, pełnym symboli, bezużytecznych przedmiotów i obiektów kultu, które nic nam nie dają. Wiara w Boga nie wystarczy? Musimy dodawać sobie kolejnych "zbawców"? Musimy chodzić w ogóle do kościoła? Nie lepiej byłoby spędzić ten czas z rodziną lub po prostu z kimś na kim nam zależy? Może jakiś niedorajda życiowy znalazłby sobie w końcu dziewczynę.
Musimy trzymać się razem. Taka jest idea życia. Jestem ateistą ponieważ nie chce się babrać w tym całym syfie przyprawiającym o ból głowy. Nie lubię tez zbyt długo wpierać komuś tego czy powinien wierzyć czy nie, bo to sprzeczne z moim zwróceniem się przeciwko zaśmiecaniu sobie życia. Chcę udowodnić, że świat w którym żyję jest lepszy, jednak delikatnie, by inni w nim także zaczęli żyć.
Koniec jednak z cackaniem się. Zbytnio się ze wszystkim cackałem i nigdy na tym dobrze nie wyszedłem. Światem rządzą ludzie podejmujący stanowcze decyzje.
Pragnę...
Pragnę byśmy czuli się wolni. Chcę by ludzie pokazywali to jacy są, bez rozkojarzenia i wpływów z otoczenia. Dzisiejszy świat tworzy armie robotów na posyłki.
Pisałem to już wielokrotnie, ale...
Co do samooceny...Trudno zrozumieć jak piękną rzeczą jest bycie sobą tak naprawdę nic nie znacząc. Ginąc pośród tych wszystkich elementów! Chaotycznych, prawda? Jednak nie. One są tak pięknie poukładane, że wszystkie części, jak ty czy ja są potrzebne by to wszystko mogło działać. Jesteśmy tacy mali, jakby nas nie było. A mimo to jesteśmy... wszystkim co znamy. Wszystko co wydaje nam się błahe, z innej perspektywy może być czyimś sensem. Im bardziej zagłębiam się w filozofię i próbuję opracować własne teorie (jakkolwiek płytkie by one nie były), tym mam mocniejsze poczucie o równej randze każdego problemu z jakim się spotykamy. Dosłownie każdego.
Dobrze jest tkwić w swoim umyśle bardzo usilnie, jednak zwracać uwagę by nie zapędzić się za daleko, nie zostać więźniem własnych myśli. Z własnego doświadczenia wiem, że to nie powoduje nic dobrego.
Może właśnie nie dzieje się nic...takiego...nic dobrego.
Trzeba naprawdę mało ekscytować się wiedzą by rajcowały zwyczaje, których sposoby działania są sprzeczne ze wszystkim, a mają pomagać i faktycznie pomagają w 1/1000 przypadków, czyli w związku ze świadomym działaniem osoby, która jako jedna z niewielu potrafi wziąć sprawy w swoje ręce. To nie ma sensu. Mowa tu o święceniu chlebków, cukrowych barankach, jajeczkach.
Na dodatek, nigdy nikogo nie ciekawiło po kiego czorta to się w ogóle robi i jak to może pomóc? Logicznie?
Krótko mówiąc, nie cierpię tego. Nie cierpię tych wszystkich fejsbuczków, święcenia chlebków, palemek.
Mogę szczerze powiedzieć, ze to jest naprawdę obleśne. Rzygi, kozy z nosa czy odpady radioaktywne nie obrzydzają mnie tak jak świadomość, że ludzie mogą być tacy głupi.
Bo aż boli mózg od zdania sobie sprawy z inności ludzi od mojego postrzegania tego co się liczy a co nie.
Moim zdaniem ludzie zbytnio skomplikowali sobie życie i tego nie da się odkręcić. Najchętniej usunąłbym z tego świata połowę rzeczy. Rzeczy, z którymi niestety ktoś ma wspomnienia i są mu potrzebne do życia. Teraz muszą być, kiedyś nikt by ich nie chciał. Im dłuższa nasza historia tym więcej syfu, pasożytów i brudu, oblepiającego nas samych i robiącego z nas paskudnych materialistów oceniających wszystko przez pryzmat czyjejś własności.
Religia? Chrześcijaństwo? Chrześcijaństwo jest ok. Dlaczego tak uważam? Sama wiara w Boga, w moim mniemaniu, ma czynić życie prostszym i lepszym. Jednak niektóre obrzędy, tak pięknie obchodzone przez dewotów są paskudnym robalem, pełnym symboli, bezużytecznych przedmiotów i obiektów kultu, które nic nam nie dają. Wiara w Boga nie wystarczy? Musimy dodawać sobie kolejnych "zbawców"? Musimy chodzić w ogóle do kościoła? Nie lepiej byłoby spędzić ten czas z rodziną lub po prostu z kimś na kim nam zależy? Może jakiś niedorajda życiowy znalazłby sobie w końcu dziewczynę.
Musimy trzymać się razem. Taka jest idea życia. Jestem ateistą ponieważ nie chce się babrać w tym całym syfie przyprawiającym o ból głowy. Nie lubię tez zbyt długo wpierać komuś tego czy powinien wierzyć czy nie, bo to sprzeczne z moim zwróceniem się przeciwko zaśmiecaniu sobie życia. Chcę udowodnić, że świat w którym żyję jest lepszy, jednak delikatnie, by inni w nim także zaczęli żyć.
Koniec jednak z cackaniem się. Zbytnio się ze wszystkim cackałem i nigdy na tym dobrze nie wyszedłem. Światem rządzą ludzie podejmujący stanowcze decyzje.
Pragnę...
Pragnę byśmy czuli się wolni. Chcę by ludzie pokazywali to jacy są, bez rozkojarzenia i wpływów z otoczenia. Dzisiejszy świat tworzy armie robotów na posyłki.
Pisałem to już wielokrotnie, ale...
Co do samooceny...Trudno zrozumieć jak piękną rzeczą jest bycie sobą tak naprawdę nic nie znacząc. Ginąc pośród tych wszystkich elementów! Chaotycznych, prawda? Jednak nie. One są tak pięknie poukładane, że wszystkie części, jak ty czy ja są potrzebne by to wszystko mogło działać. Jesteśmy tacy mali, jakby nas nie było. A mimo to jesteśmy... wszystkim co znamy. Wszystko co wydaje nam się błahe, z innej perspektywy może być czyimś sensem. Im bardziej zagłębiam się w filozofię i próbuję opracować własne teorie (jakkolwiek płytkie by one nie były), tym mam mocniejsze poczucie o równej randze każdego problemu z jakim się spotykamy. Dosłownie każdego.
Dobrze jest tkwić w swoim umyśle bardzo usilnie, jednak zwracać uwagę by nie zapędzić się za daleko, nie zostać więźniem własnych myśli. Z własnego doświadczenia wiem, że to nie powoduje nic dobrego.
Może właśnie nie dzieje się nic...takiego...nic dobrego.
Komentarze
Prześlij komentarz