Straciłem serce

Dlaczego o tym wcześniej nie myślałem? Dlaczego??? Dlaczego nie w taki sposób?
Jesteśmy sami we wszechświecie. Znamy tysiące planet, setki gwiazd, księżyców. I prawdopodobnie nigdzie nie ma życia. Prawdopodobnie, czyli- tak jak myślę ja.
Uważam, że pojęcie życia to subiektywny efekt tego, że my życiu podlegamy. Kamień nie może znać pojęcia życia i śmierci gdy go to nie dotyczy. Jest zamknięty we własnym świecie. Tak samo my jesteśmy uwięzieni w tym czym jesteśmy. Nie dane jest nam wyobrażenie sobie 10-ciu wymiarów, jesteśmy ograniczeni tym jak pojmuje nasz umysł. To na pewno stopień wyżej niż wszystko co znamy, ale nie najwyżej. W zasadzie nie ma ani dolnej, ani górnej granicy.
Wracając do tematu wszechświata...
Czy to nie straszne jak samotni jesteśmy? Nie znamy nikogo będącego na naszym poziomie. A nikogo lepszego pewnie nie możemy poznać. Dopiero teraz, gdy uświadomiłem sobie jak dobrze porządkuje w swoim umyśle Ziemię, ludzi i naturę, to wszystko wydało mi się maleńkie i tak ograniczone. Czuję jakbym znał 7 miliardów osób i stał się prawdziwie samotny, nie widząc przed sobą wyzwania i satysfakcji z poznawania nowych.
Czy to wszystko może mieć jakiś cel? Tak naprawdę każdy obiekt we wszechświecie leży w jego centrum. Dopatruję się w tym- być może niesłusznie- jakiejś analogii.
Pewnie to egoistyczne, ale moje myśli dotyczące ogromu wszechświata powodują u mnie tak skrajne uczucia, że zamykam się w sobie i jestem nierozumiany przez rówieśników. A może nie chcę? 7 miliardów istnień podobnych do mnie to pozornie nic ciekawego z tak kolorowym, spójnym, tajemniczym i inteligentnym obrazem wszechświata.
Tylko czy my...to nie fragment tej układanki jaką jest całość istnienia? Nie jesteśmy inni, chociaż jesteśmy wyjątkowi. I nie jesteśmy wyjątkowi, chociaż jesteśmy inni. Myślenie o początku tak mnie dołuje... Tak jakbym był komórką we własnym ciele, próbującą poznać cel działania całej mojej osoby. Mimo, że piszę tutaj na pozór skomplikowanie, wszystko w mojej głowie jest bardzo poukładane, jednak bez tej wspaniałej świadomości, jaką jest rozwiązanie zagadki. Zagadki chociażby tego czy powinniśmy siebie jako żyjącą istotę traktować jako coś mającego sens, czy podporządkować się czasowi i być fragmentem przemijającego wszechświata.
Więcej na ten temat pisać nie będę, bo okaże się, że jestem tak bardzo nijaki.

Pisząc "7 miliardów istnień podobnych do mnie" doznałem dziwnego uczucia. Uczucia...inności, odrębności. Dopiero teraz tak dobrze i głęboko przemyślałem to jak moja choroba odróżnia mnie od innych. Chodzę, uczę się dobrze, nie mam problemów z przełykaniem, koordynacją, życiem w społeczeństwie, oddawaniem moczu, mową, słuchem, wzrokiem na poziomie poważnym, czytaniem. Jestem tak bardzo normalny. Tylko...czy aby na pewno? Teraz wiem. Żaden ze znanych mi rówieśników nie chodzi na rehabilitację, nie przebył operacji kręgosłupa, nie ma problemów z "jedyną słuszną pozycją do snu" i nie musi uważać na to jak i czy w ogóle się zgina. Nie mam jednak tak normalnie i mnie to przeraża. Tyle rzeczy byłoby prostszych, gdybym był taki jak moi rówieśnicy. Może matka nie miałaby tej strasznej zasmuconej miny gdy idę na basen, do lekarza czy ćwiczę. Ona mnie kocha i najtrudniej jest się jej pogodzić z tym, że nie mogła zapewnić mi normalnego życia.

Rodriguez- Sugar Man Sixto poznałem (kto by pomyślał!) poprzez film Searching for Sugar Man. Bardzo dobry, przemyślany dokument. Jeden z niewielu, po którym widać, że twórca miał szczerą chęć zainteresowania ludzi tytułowym bohaterem, czyli właśnie Rodriguez'em.
Co do utworu- cudownie ukazująca człowieczeństwo. Naturalna i piękna, dzisiaj trudno spotkać coś tak idealnie ukazującego przekaz z umysłu artysty.

Komentarze