Śmierć. Koniec. Życie.
Śmierć to jedyna naprawdę pewna rzecz w naszym życiu, a mimo to boimy się jej najbardziej. Bo boimy, nie mylę się? Każdy z pewnością miał momenty gdy był od niej o krok lub tak myślał. Co wtedy czuł? Stracić tak wszystko w jednej chwili? Życie to wszystko co mamy, więc nie chcemy go stracić. Zawsze będziemy bać się śmierci, lecz po niej, inni mają obowiązek szybko zdać sobie sprawę, że kiedyś to w końcu by nadeszło i zaakceptować brak nas w świecie. Nie pozbywać się uczuć, tylko zrozumieć.
Powinniśmy podejmować takie wybory, by nasze życie było najlepsze i trwało jak najdłużej. Jeśli wszyscy tak zrobimy, nie trzeba będzie wybierać, czy ocalić siebie lub kogoś innego. Wpływamy na siebie w ogromnym stopniu.
Jednak...czuję niemoc, bo wiem, że nigdy wszyscy ludzie nie zrozumieją jak ważna jest ich rola. I ich życie. A gdy nie zmienimy się, każde zło będzie wpływać na dobro i dobro na zło, więc nikt nie będzie ostatecznie tylko jednym albo drugim.
Nie powinniśmy zastanawiać się nad tym czy jest coś po śmierci, lecz wykorzystywać to co jest teraz, by z każdym kolejnym dniem mieć wspaniałe wspomnienia. Wierzenie w kolejne, wieczne życie jest jak znane przez każdego z nas 'odkładanie rzeczy na później', ponieważ wiemy, że znajdziemy w przyszłości czas by nasze plany wdrożyć w życie
Szczerze powiedziawszy, gdy już wierzymy w "coś" po śmierci, lepiej mieć nadzieję, że to życie, czy cokolwiek innego, nie jest wieczne. Mając zawsze kolejny dzień, tak naprawdę nie będziemy robić wszystkiego. Będziemy robić dokładnie nic. Bo "wszystko" nie ma granic pozwalających ocenić czy naprawdę czymś jest, czy tego wcale nie ma.
Wierząc zaś w swoistą reinkarnację, nie posiadając wspomnień z poprzedniego życia, ani żadnych dowodów, że to życie naprawdę należało do nas, będziemy wiecznie, ale nadal trwać tak jak teraz, bojąc się śmierci i możliwie z lekkim opóźnieniem, ale coś robić.
Strach przed końcem jest motywatorem do działania, czyż nie? Jest bardzo potrzebny, tak jak i strach ogólnie. Ważne jest tylko, by wiedzieć co on oznacza i go kontrolować. Nie pozbywać się, lecz kontrolować.
Nie wiem czy jest Bóg. Nigdzie nie jest powiedziane, że coś co jest tak skrupulatnie zaplanowane, musi mieć twórcę. Jesteśmy tylko elementami we wszechświecie (wszechświat jest popularnie określany jako kosmos, choć dla mnie oznacza po prostu wszystko co jest), a każdy rodzaj elementów działa inaczej. Jeśli jakiś Twórca by istniał, wcale nie musi być kimś podobnym do człowieka, ani do niczego. Możemy go nie rozumieć, a nawet- jeśli już miałbym wierzyć w jego istnienie- skłaniałbym się ku temu wariantowi. Jednak według mnie, cała ta gadka o ludziach jako istotach stworzonych siódmego dnia (to symbol), na wzór i podobieństwo Boga, jest wielce niedorzeczna. Wystarczy tylko obserwować świat i życie oraz trochę o nich rozmyślać.
Nie twierdzę, iż sam Bóg nie istnieje. Radzę jednak zastanowić się nad tym, czy naprawdę nie zachować dystansu do tego co mówią religie. Każdy z nas jest inny, a co za tym idzie, każdy może mieć inną wizję tego jak naprawdę jest.
Więc jaki jest mój dokładny stosunek do śmierci? Hmm...boję się jej. Mojej, a przede wszystkim innych. Nie tylko bliskich, ale i każdego człowieka. Z bliskimi jednak, jestem zżyty i łączą mnie uczucia. To uczucia każą mi cierpieć po ich stracie. Ten ból po śmierci powinien być i według mnie zawsze będzie. Wszakże powinniśmy się z nim oswoić.
Zło i dobro to tylko ustalone przez nas wartości. Niemożliwym jest racjonalnie narzekać na coś co było od zawsze, od początku nas. Przyjęliśmy tylko, że druga wartość jest tym czym powinniśmy się kierować i tego nie zmienimy. Taka jest nasza natura, dlatego czynienie dobra jest naszym szczęściem. Wszystkie pozytywne emocje są nim. Poza tym, te dwie wartości nigdzie nie są odróżniane. Będą istnieć, ponieważ żadna nie jest lepsza, ani gorsza. Jeśli Twórca istnieje, to z pewnością (jeśliby przyjąć moją tezę) nie działa na zasadzie dobra i zła. Jest ponad nimi.
Radzę...tak od siebie...
Żyjmy jak najlepiej. Tak jak sobie wymarzyliśmy naprawdę. Bądźmy dobrzy i poznajmy własne "ja". Inni zawsze będą na nas wpływać, jednak udawanie kogoś innego nie zapewni nam szczęścia. Życzliwi, sami staniemy się własnymi Bogami (obowiązkowo z dużej litery). Możemy kierować swoim losem tak jak chcemy. Sam tego dokładnie nie rozumiem, lecz...chcę zrozumieć. Taki właśnie pragnę mieć los, pełen zrozumienia, a zarazem i mojego własnego szczęścia.
A krócej...
Po prostu...żyjmy...
Powinniśmy podejmować takie wybory, by nasze życie było najlepsze i trwało jak najdłużej. Jeśli wszyscy tak zrobimy, nie trzeba będzie wybierać, czy ocalić siebie lub kogoś innego. Wpływamy na siebie w ogromnym stopniu.
Jednak...czuję niemoc, bo wiem, że nigdy wszyscy ludzie nie zrozumieją jak ważna jest ich rola. I ich życie. A gdy nie zmienimy się, każde zło będzie wpływać na dobro i dobro na zło, więc nikt nie będzie ostatecznie tylko jednym albo drugim.
Nie powinniśmy zastanawiać się nad tym czy jest coś po śmierci, lecz wykorzystywać to co jest teraz, by z każdym kolejnym dniem mieć wspaniałe wspomnienia. Wierzenie w kolejne, wieczne życie jest jak znane przez każdego z nas 'odkładanie rzeczy na później', ponieważ wiemy, że znajdziemy w przyszłości czas by nasze plany wdrożyć w życie
Szczerze powiedziawszy, gdy już wierzymy w "coś" po śmierci, lepiej mieć nadzieję, że to życie, czy cokolwiek innego, nie jest wieczne. Mając zawsze kolejny dzień, tak naprawdę nie będziemy robić wszystkiego. Będziemy robić dokładnie nic. Bo "wszystko" nie ma granic pozwalających ocenić czy naprawdę czymś jest, czy tego wcale nie ma.
Wierząc zaś w swoistą reinkarnację, nie posiadając wspomnień z poprzedniego życia, ani żadnych dowodów, że to życie naprawdę należało do nas, będziemy wiecznie, ale nadal trwać tak jak teraz, bojąc się śmierci i możliwie z lekkim opóźnieniem, ale coś robić.
Strach przed końcem jest motywatorem do działania, czyż nie? Jest bardzo potrzebny, tak jak i strach ogólnie. Ważne jest tylko, by wiedzieć co on oznacza i go kontrolować. Nie pozbywać się, lecz kontrolować.
Nie wiem czy jest Bóg. Nigdzie nie jest powiedziane, że coś co jest tak skrupulatnie zaplanowane, musi mieć twórcę. Jesteśmy tylko elementami we wszechświecie (wszechświat jest popularnie określany jako kosmos, choć dla mnie oznacza po prostu wszystko co jest), a każdy rodzaj elementów działa inaczej. Jeśli jakiś Twórca by istniał, wcale nie musi być kimś podobnym do człowieka, ani do niczego. Możemy go nie rozumieć, a nawet- jeśli już miałbym wierzyć w jego istnienie- skłaniałbym się ku temu wariantowi. Jednak według mnie, cała ta gadka o ludziach jako istotach stworzonych siódmego dnia (to symbol), na wzór i podobieństwo Boga, jest wielce niedorzeczna. Wystarczy tylko obserwować świat i życie oraz trochę o nich rozmyślać.
Nie twierdzę, iż sam Bóg nie istnieje. Radzę jednak zastanowić się nad tym, czy naprawdę nie zachować dystansu do tego co mówią religie. Każdy z nas jest inny, a co za tym idzie, każdy może mieć inną wizję tego jak naprawdę jest.
Więc jaki jest mój dokładny stosunek do śmierci? Hmm...boję się jej. Mojej, a przede wszystkim innych. Nie tylko bliskich, ale i każdego człowieka. Z bliskimi jednak, jestem zżyty i łączą mnie uczucia. To uczucia każą mi cierpieć po ich stracie. Ten ból po śmierci powinien być i według mnie zawsze będzie. Wszakże powinniśmy się z nim oswoić.
Zło i dobro to tylko ustalone przez nas wartości. Niemożliwym jest racjonalnie narzekać na coś co było od zawsze, od początku nas. Przyjęliśmy tylko, że druga wartość jest tym czym powinniśmy się kierować i tego nie zmienimy. Taka jest nasza natura, dlatego czynienie dobra jest naszym szczęściem. Wszystkie pozytywne emocje są nim. Poza tym, te dwie wartości nigdzie nie są odróżniane. Będą istnieć, ponieważ żadna nie jest lepsza, ani gorsza. Jeśli Twórca istnieje, to z pewnością (jeśliby przyjąć moją tezę) nie działa na zasadzie dobra i zła. Jest ponad nimi.
Radzę...tak od siebie...
Żyjmy jak najlepiej. Tak jak sobie wymarzyliśmy naprawdę. Bądźmy dobrzy i poznajmy własne "ja". Inni zawsze będą na nas wpływać, jednak udawanie kogoś innego nie zapewni nam szczęścia. Życzliwi, sami staniemy się własnymi Bogami (obowiązkowo z dużej litery). Możemy kierować swoim losem tak jak chcemy. Sam tego dokładnie nie rozumiem, lecz...chcę zrozumieć. Taki właśnie pragnę mieć los, pełen zrozumienia, a zarazem i mojego własnego szczęścia.
A krócej...
Po prostu...żyjmy...
Czyżby inspiracja z filmiku?
OdpowiedzUsuńBardzo dobry post, dobry czas dla Ciebie na posty :)