RAWR!
Koniec roku. Koniec gimnazjum. Teraz się okaże czy warto było poświęcać czas dla skretyniałych debili.
Już po.
A jak? Pewnie, że nie było warto.
Standardowo miałem błąd na świadectwie (trzeci rok kurwa!!!!!?????!?). Z zajęć artystycznych wpisany był bardzo dobry zamiast celujący.
Och jak ja nienawidzę tych debili! Większość z nich nigdy już nie zobaczę. Aż się popłakałem z radości!
Nowe ok. 27 osób które poznam we wrześniu. To jest wręcz zajebiste!
Castle of Glass będzie najlepszym singlem. Może nawet kupię? Oby nie zwalili teledysku tak jak do Burn it down. Nie mam konkretnego pomysłu jakbym chciał żeby to wyglądało, ale utwór jest bardzo "otwarty", więc liczę na coś kreatywnego. Coś więcej od skakania po scenie niczym z filmu "Obcy- 8-my pasażer Nostromo"...
Nie obraziłbym się gdyby na kolejnym albumie znajdowały się same ballady.
No to teraz do nauki, co? Liceum już nie będzie takie łatwe. Czy tam technikum, jak kto woli.
Ludzie z którymi mogę rozmawiać o ogórkach, fotelu, kartridżach, miłości, przyjaźni, latarniach, asfalcie, bawełnie i lokomotywach są zajebiści poza skalę! Mogą się nie znać, ważne że chcą coś powiedzieć i to jest cudowne. Sam też niewiele wiem o lokomotywach...jedyną jaką dobrze znam jest Tomek. (ostrzegam: Uzależniające!)
Mój najczęściej powtarzający się sen jest dość rzeczywisty, ale uroczy. Budzę się w nim na wygodnym łóżku jako dorosły facet. Na moim brzuchu leży malutka, może 1,5 roczna dziewczynka. Śpi sobie smacznie tak samo jak wtulona we mnie z lewej strony śliczna kobieta. To jest trochę...przerażające. Jednocześnie niesamowicie piękne.
Myśleć o cyckach? Boże, jak śmiesznie.
Przypomniały mi się czasy przedszkola. Pamiętam te klocki Lego, były strasznie poniszczone. Ludzików już nie było wcale, dlatego zastępowaliśmy je czymś innym. Ciągle budowałem statki lub zigguraty. Wcześniej bawiłem się taką dużą ciężarówką, na której siadałem i przez to pękła góra naczepy. Potem dokupili nowe zabawki. Były takie fajne dinozaury, które zdominowały moje wolne chwile w przedszkolu. Brałem je nawet na obiad i wpychałem do naleśników krzycząc "laaawlllll!". Panie opiekunki były potem bardzo złe i musiałem za karę siadać na takiej zbyt miękkiej kanapie. Rozwalała się na boki jak chciałem się położyć. Będąc już na ostatnim roku razem z moim najlepszym kolegą Przemkiem umieliśmy jedyni z grupy czytać. To było naprawdę ekscytujące. Na pamiątkę robiliśmy serduszka z masy solnej i serwetki pomalowane w różny sposób. Mi serduszko nie wyszło, ale za to na serwetce namalowałem pięknego motylka. Do dziś go trzymam.
Na podwórku w Lubartowie działka nasza i sąsiadów była ogrodzona jedynie siatką. W jednym miejscu znajdowała się dziura. Przechodziłem nią zawsze kiedy chciałem coś wziąć dla mamy. Bałem się psa. Nie mógł przeskoczyć do nas, bo dziura była bardzo wysoko. Była też druga, tym razem do innych sąsiadów. Oni mieli własne boisko przed domem. Kiedyś podczas Śmigusa-Dyngusa dostałem z okna workiem z wodą w głowę. Sąsiad wybiegł i zaczął mnie gonić z butelką po Vanishu przez całe to boisko. Przepełzałem przez siatkę na swoją stronę. Zadarłem sobie lekko głowę przez co płakałem, ale się szybko zagoiło. Pamiętam, że mama miała takie plastry o bardzo rzadkim zapachu. Teraz już takich nie można dostać.
Będąc trochę starszy stawiałem sobie słupki na polu udając, że to bramka. Strzelając piłka często wylatywała na ulicę. Bez wahania biegłem po nią. Bałem się tylko o to, że nie uda mi się jej wyłapać przed nadjechaniem samochodu i mama będzie zła.
Organizowaliśmy sobie mecze na boisku. Adaś był wtedy malutki. Wyglądał naprawdę słodziutko nawet dla mnie, 7-mio letniego chłopczyka z zadartymi kolanami. Lubiłem bawić się starym, zepsutym aparatem i grać w statki. Koledzy przychodzili do mnie by pograć, ale zawsze coś nam wypadało. Miałem dużą piaskownicę, którą trzeba było wiele razy od nowa ogradzać, bo lubiłem patrzeć jak pod podmurówką mrówki budują tunele. Myślałem, że to groby dla owadów. Stawiałem tam świeczki i sztucznego kwiatka we flakoniku. Świeczek oczywiście nie zapalałem, bo deszcz by jej zgasił. Lubiłem też robić błotko z piasku. Mama była zła kiedy upaprałem swoją czerwoną koszulkę błotkiem, a ja tylko wzmacniałem ściany komórki! Nie lubiłem jak była zamknięta. Znajdowało się tam wiele ciekawych rzeczy, ale potem podłoga się zawaliła. Bałem się sam tam wchodzić. Dzisiaj też bym się bał.
Na podwórku mieliśmy dwa drzewa z czereśniami, dwie wiśnie i kilka krzewów z porzeczkami. Paweł i Juliusz w lecie na drabinie musieli zbierać czereśnie, a ja za to pomagałem mamie przy porzeczkach. Krzaki strasznie mnie kuły w ręce, dlatego nie lubiłem tej roboty. Często leżałem na hamaku zawieszonym pomiędzy uschniętą jabłonią, a wiśnią. Pewnego dnia uciekając przed burzą zapomniałem zabrać z hamaka swojego zeszyciku z rysunkami. Następnego dnia wróciłem i byłem bardzo zawiedziony, jako że większość obrazków była malowana flamastrami i się rozmazała.
Razem z Przemkiem kupowaliśmy tygodnik "Kaczor Donald". Przez dość długi czas nie było tygodnia kiedy nie wydałem tych 4 złotych na nowy numer. Czasem nie mogłem nigdzie znaleźć konkretnego, takiego jakiego chciałem, przez co błąkałem się po mieście. Raz się zgubiłem i pani z biblioteki koło Biedronki (teraz tam jest lumpex...) zaprowadziła mnie do domu. Nadal pamiętam jej twarz.
Stare czasy...jakże chciałbym być znów małym dzieckiem! Niekoniecznie tam. Byle wrócić do tego braku trosk, radości z niczego i wiary w ludzi...
For you to see...
Już po.
A jak? Pewnie, że nie było warto.
Standardowo miałem błąd na świadectwie (trzeci rok kurwa!!!!!?????!?). Z zajęć artystycznych wpisany był bardzo dobry zamiast celujący.
Och jak ja nienawidzę tych debili! Większość z nich nigdy już nie zobaczę. Aż się popłakałem z radości!
Nowe ok. 27 osób które poznam we wrześniu. To jest wręcz zajebiste!
Castle of Glass będzie najlepszym singlem. Może nawet kupię? Oby nie zwalili teledysku tak jak do Burn it down. Nie mam konkretnego pomysłu jakbym chciał żeby to wyglądało, ale utwór jest bardzo "otwarty", więc liczę na coś kreatywnego. Coś więcej od skakania po scenie niczym z filmu "Obcy- 8-my pasażer Nostromo"...
Nie obraziłbym się gdyby na kolejnym albumie znajdowały się same ballady.
No to teraz do nauki, co? Liceum już nie będzie takie łatwe. Czy tam technikum, jak kto woli.
Ludzie z którymi mogę rozmawiać o ogórkach, fotelu, kartridżach, miłości, przyjaźni, latarniach, asfalcie, bawełnie i lokomotywach są zajebiści poza skalę! Mogą się nie znać, ważne że chcą coś powiedzieć i to jest cudowne. Sam też niewiele wiem o lokomotywach...jedyną jaką dobrze znam jest Tomek. (ostrzegam: Uzależniające!)
Myśleć o cyckach? Boże, jak śmiesznie.
Przypomniały mi się czasy przedszkola. Pamiętam te klocki Lego, były strasznie poniszczone. Ludzików już nie było wcale, dlatego zastępowaliśmy je czymś innym. Ciągle budowałem statki lub zigguraty. Wcześniej bawiłem się taką dużą ciężarówką, na której siadałem i przez to pękła góra naczepy. Potem dokupili nowe zabawki. Były takie fajne dinozaury, które zdominowały moje wolne chwile w przedszkolu. Brałem je nawet na obiad i wpychałem do naleśników krzycząc "laaawlllll!". Panie opiekunki były potem bardzo złe i musiałem za karę siadać na takiej zbyt miękkiej kanapie. Rozwalała się na boki jak chciałem się położyć. Będąc już na ostatnim roku razem z moim najlepszym kolegą Przemkiem umieliśmy jedyni z grupy czytać. To było naprawdę ekscytujące. Na pamiątkę robiliśmy serduszka z masy solnej i serwetki pomalowane w różny sposób. Mi serduszko nie wyszło, ale za to na serwetce namalowałem pięknego motylka. Do dziś go trzymam.
Na podwórku w Lubartowie działka nasza i sąsiadów była ogrodzona jedynie siatką. W jednym miejscu znajdowała się dziura. Przechodziłem nią zawsze kiedy chciałem coś wziąć dla mamy. Bałem się psa. Nie mógł przeskoczyć do nas, bo dziura była bardzo wysoko. Była też druga, tym razem do innych sąsiadów. Oni mieli własne boisko przed domem. Kiedyś podczas Śmigusa-Dyngusa dostałem z okna workiem z wodą w głowę. Sąsiad wybiegł i zaczął mnie gonić z butelką po Vanishu przez całe to boisko. Przepełzałem przez siatkę na swoją stronę. Zadarłem sobie lekko głowę przez co płakałem, ale się szybko zagoiło. Pamiętam, że mama miała takie plastry o bardzo rzadkim zapachu. Teraz już takich nie można dostać.
Będąc trochę starszy stawiałem sobie słupki na polu udając, że to bramka. Strzelając piłka często wylatywała na ulicę. Bez wahania biegłem po nią. Bałem się tylko o to, że nie uda mi się jej wyłapać przed nadjechaniem samochodu i mama będzie zła.
Organizowaliśmy sobie mecze na boisku. Adaś był wtedy malutki. Wyglądał naprawdę słodziutko nawet dla mnie, 7-mio letniego chłopczyka z zadartymi kolanami. Lubiłem bawić się starym, zepsutym aparatem i grać w statki. Koledzy przychodzili do mnie by pograć, ale zawsze coś nam wypadało. Miałem dużą piaskownicę, którą trzeba było wiele razy od nowa ogradzać, bo lubiłem patrzeć jak pod podmurówką mrówki budują tunele. Myślałem, że to groby dla owadów. Stawiałem tam świeczki i sztucznego kwiatka we flakoniku. Świeczek oczywiście nie zapalałem, bo deszcz by jej zgasił. Lubiłem też robić błotko z piasku. Mama była zła kiedy upaprałem swoją czerwoną koszulkę błotkiem, a ja tylko wzmacniałem ściany komórki! Nie lubiłem jak była zamknięta. Znajdowało się tam wiele ciekawych rzeczy, ale potem podłoga się zawaliła. Bałem się sam tam wchodzić. Dzisiaj też bym się bał.
Na podwórku mieliśmy dwa drzewa z czereśniami, dwie wiśnie i kilka krzewów z porzeczkami. Paweł i Juliusz w lecie na drabinie musieli zbierać czereśnie, a ja za to pomagałem mamie przy porzeczkach. Krzaki strasznie mnie kuły w ręce, dlatego nie lubiłem tej roboty. Często leżałem na hamaku zawieszonym pomiędzy uschniętą jabłonią, a wiśnią. Pewnego dnia uciekając przed burzą zapomniałem zabrać z hamaka swojego zeszyciku z rysunkami. Następnego dnia wróciłem i byłem bardzo zawiedziony, jako że większość obrazków była malowana flamastrami i się rozmazała.
Razem z Przemkiem kupowaliśmy tygodnik "Kaczor Donald". Przez dość długi czas nie było tygodnia kiedy nie wydałem tych 4 złotych na nowy numer. Czasem nie mogłem nigdzie znaleźć konkretnego, takiego jakiego chciałem, przez co błąkałem się po mieście. Raz się zgubiłem i pani z biblioteki koło Biedronki (teraz tam jest lumpex...) zaprowadziła mnie do domu. Nadal pamiętam jej twarz.
Stare czasy...jakże chciałbym być znów małym dzieckiem! Niekoniecznie tam. Byle wrócić do tego braku trosk, radości z niczego i wiary w ludzi...
For you to see...

Komentarze
Prześlij komentarz