Płytka wiedza o mnie
Czuję presję. W domu jest nadzwyczaj dużo ludzi (4 osoby razem ze mną).
Dzisiaj postanowiłem opisać kilka lub kilkanaście (jeszcze nie wiem ile zdołam) filmów.
Na pierwszy ogień idzie klasyk kina znany przez każdego (nie przez murzynów, haha -rasistowski żart), czyli "Władca Pierścieni". Jak dla mnie każda część momentami przynudza, ale dla gościa, który czytał książki to wprost idealna ekranizacja. Jak dla mnie jest to wspaniały przykład jak powinien być kręcony film. Chodzi mi tu między innymi o ujęcia i efekty. Dla zainteresowanych polecam zobaczyć zapowiedź Hobbita na Youtube. Kicz i żenada.
Teraz kolej na "Harrego Pottera". Zawsze kiedy widzę którąś z części czuję wyraźne elementy Gwiezdnych Wojen. Poza tym te filmy (Harre Pottery) są bezpłciowe i się ich nie zapamiętuje.
Kontynuuję z klasyką rzucając "Titaniciem". Czasem czuję, że dzisiejsze filmy są coraz gorsze (głównie przez tych beznadziejnych aktorów, nawet efekty jakieś takie miałkie są) oglądając to dzieło. Za każdym razem się wzruszam. Do tego w głównych rolach są aktorzy, których bardzo lubię (Kate Winslet- bardzo piękna kobieta i Leonardo di Caprio, jeden z moich ulubionych). Cud, miód i orzeszki.
Jeśli o Cameronie mowa to czas na "Avatara". Niestety nie powtórzył sukcesu swojego poprzednika (mowa tu o nagrodach). I dobrze. O ile wątek miłosny był nawet nawet to reszta niestety leżała. Najbardziej zażenowała mnie ostania część filmu z tą walką. Chyba reżyser miał za mało czasu do wykorzystania w filmie (jakiś tam limit jest, bodajże 3h) i za wiele pomysłów, z których wybrał ten najgorszy. Jestem ciekaw, czy udałoby się stworzyć takie piękne efekty bez gry prawdziwych aktorów. A co do wykreowanego świata - nasz i tak lepszy :P.
Teraz wspomnę w kilku zdaniach o filmie "Jak zostać Królem". Moim zdaniem należały się te wszystkie nagrody, które zdobył. Ja po raz pierwszy widziałem go w szkole, oglądaliśmy go na j. angielskim na projektorze. Na lekcje przyszedłem po długiej nieobecności (to było w drugiej klasie) i nie za bardzo wiedziałem o co chodzi, bo oni go zaczęli już wcześniej i trafiłem na końcówkę. Kolega powiedział mi, że może mi wytłumaczyć co się działo, ale ja nie chciałem, bo miałem chęć obejrzeć go w domu, samemu. I tak zrobiłem. Początkowo się nudziłem, jednakże po wszystkim wyszedłem zachwycony. Na uwagę zasługuję wyśmienita gra aktorska i to, że wszyscy, którzy robili ten film próbowali jeszcze bardziej skupić wzrok widza na bohaterach. Teraz przychodzi mi na myśl, że jeśli ktoś nie miałby nastroju do obejrzenia tego to najlepszym rozwiązaniem byłoby przywiązanie go do krzesła, posadzenie przed telewizorem i zostawienie samemu.
Podoba mi się akcent Colina Firtha. Za każdym razem jak słyszę jego głos zaczynam się śmiać jak dziecko. Nie wiem dlaczego.
"Incepcja". Nie za bardzo pamiętam co się tam działo, ale wyszedłem z kina (tak! Z kina!) z wielkim mętlikiem w głowie. Podobnie było z "Wyspą Tajemnic". Wspaniałe jest to, że twórcy umieją stworzyć jeszcze coś oryginalnego, nawet kosztem bólu głowy (no bo przecież nie zostawię filmu bez rozwiązania).
"Batman: Mroczny Rycerz" to z kolei przykład filmu akcji. Dobrze, że zmieniono wizerunek Batmana z nieudacznego, śmiesznego, kreskówkowego ludka na poważnego, sprawnego i umięśnionego bohatera. Dzieło to nie ciągnie nas za rączkę, ale pozwala czerpać radość z tego, że musimy myśleć. Do tego Joker zagrany przez Heatha Ledgera to postać, której po prostu chcemy nakopać do dupy (sam aktor chyba nie żyje, szkoda, naprawdę).
W dalszym ciągu opiszę "Gwiezdne Wojny". Jeszcze kilka tygodni nie myślałbym, żeby wspomnieć o tym filmie, ale skłonił mnie do tego Ted Mosby, bohater serialu "Jak poznałem waszą matkę". Kiedy obejrzałem cześć "Wojny Klonów" spodobało mi się. Długie historie zawsze mają to do siebie, że trudno jest się do nich przekonać. Miałem tak nie tylko z tą sagą, ale też z wieloma grami, m.in. serią The Elder Scrolls. Ale wracając do tematu- świat, jaki znałem tylko z opowiadań i kreskówek naprawdę przemówił do mnie. I... to by było na tyle z filmów.
Teraz kolej na....SERIALE!:
"Klan", "M jak Miłość", "Moda na sukces". Każdego z nich równie nienawidzę. Pierwszego głównie za grę aktorów, drugiego za to, że próbuję być dobrym filmem, a takim nie jest, a trzeciego za "wymijanie się" podczas każdej rozmowy (niektórzy może mają na tyle tęgie umysły, żeby rozpracować o co mi chodzi).
W kolejnym dłuższym punkcie chciałem wspomnieć o "Świecie według Kiepskich". Według mnie to jedna z lepszych polskich komedii, głównie za to, że ukazuję wady i bolączki naszego narodu. Cieszy mnie też to, że z początkowo głupkowatego stylu wyrosło z tego serialu coś na wzór "Świata według Bundych".
No właśnie. "Świat według Bundych". Właściwie to widząc pierwszy raz ten serial, wiedziałem, że go pokocham. Uwielbiam taki statyczny humor, a'la amerykańscy komicy.
"Pierwsza Miłość". Dobrze, że w moim poście znajdzie się chociaż jeden dobry, polski serial obyczajowy. Dobrze, że tu aktorzy nie próbują dorastać do pięt mistrzom. Dobrze, że kamery się nie trzęsą. ("Linia Życia" arrrrgh)
"Jak poznałem waszą matkę". Nie wiem zupełnie co napisać. Niby jest słabo, bo fabuła jest skromnie pisząc...nijaka, a do tego zawiła, ale wciąga! Czasami odcinki prezentują recykling lecz to, że Ted (główny bohater) próbuję znaleźć kobietę na całe życie pozwoliło mi odnaleźć w nim siebie.
Lubiane w szerokim gronie odbiorców "Pingwiny z Madagaskaru" to dla mnie zwyczajna nuuuuda. Po 5 odcinkach oglądając to zwyczajnie czułem się jakbym wyjątkowo tracił czas.
To by było na tyle. Na końcu nie za bardzo chciało mi się rozpisywać (może dlatego, że nie mam czasu). Mam nadzieję iż nie popełniłem zbyt wielu błędów ortograficznych i gramatycznych.
Lecę uczyć się geografii. Pojebana pani Elvis robi sprawdzian.
Na razie.
Dzisiaj postanowiłem opisać kilka lub kilkanaście (jeszcze nie wiem ile zdołam) filmów.
Na pierwszy ogień idzie klasyk kina znany przez każdego (nie przez murzynów, haha -rasistowski żart), czyli "Władca Pierścieni". Jak dla mnie każda część momentami przynudza, ale dla gościa, który czytał książki to wprost idealna ekranizacja. Jak dla mnie jest to wspaniały przykład jak powinien być kręcony film. Chodzi mi tu między innymi o ujęcia i efekty. Dla zainteresowanych polecam zobaczyć zapowiedź Hobbita na Youtube. Kicz i żenada.
Teraz kolej na "Harrego Pottera". Zawsze kiedy widzę którąś z części czuję wyraźne elementy Gwiezdnych Wojen. Poza tym te filmy (Harre Pottery) są bezpłciowe i się ich nie zapamiętuje.
Kontynuuję z klasyką rzucając "Titaniciem". Czasem czuję, że dzisiejsze filmy są coraz gorsze (głównie przez tych beznadziejnych aktorów, nawet efekty jakieś takie miałkie są) oglądając to dzieło. Za każdym razem się wzruszam. Do tego w głównych rolach są aktorzy, których bardzo lubię (Kate Winslet- bardzo piękna kobieta i Leonardo di Caprio, jeden z moich ulubionych). Cud, miód i orzeszki.
Jeśli o Cameronie mowa to czas na "Avatara". Niestety nie powtórzył sukcesu swojego poprzednika (mowa tu o nagrodach). I dobrze. O ile wątek miłosny był nawet nawet to reszta niestety leżała. Najbardziej zażenowała mnie ostania część filmu z tą walką. Chyba reżyser miał za mało czasu do wykorzystania w filmie (jakiś tam limit jest, bodajże 3h) i za wiele pomysłów, z których wybrał ten najgorszy. Jestem ciekaw, czy udałoby się stworzyć takie piękne efekty bez gry prawdziwych aktorów. A co do wykreowanego świata - nasz i tak lepszy :P.
Teraz wspomnę w kilku zdaniach o filmie "Jak zostać Królem". Moim zdaniem należały się te wszystkie nagrody, które zdobył. Ja po raz pierwszy widziałem go w szkole, oglądaliśmy go na j. angielskim na projektorze. Na lekcje przyszedłem po długiej nieobecności (to było w drugiej klasie) i nie za bardzo wiedziałem o co chodzi, bo oni go zaczęli już wcześniej i trafiłem na końcówkę. Kolega powiedział mi, że może mi wytłumaczyć co się działo, ale ja nie chciałem, bo miałem chęć obejrzeć go w domu, samemu. I tak zrobiłem. Początkowo się nudziłem, jednakże po wszystkim wyszedłem zachwycony. Na uwagę zasługuję wyśmienita gra aktorska i to, że wszyscy, którzy robili ten film próbowali jeszcze bardziej skupić wzrok widza na bohaterach. Teraz przychodzi mi na myśl, że jeśli ktoś nie miałby nastroju do obejrzenia tego to najlepszym rozwiązaniem byłoby przywiązanie go do krzesła, posadzenie przed telewizorem i zostawienie samemu.
Podoba mi się akcent Colina Firtha. Za każdym razem jak słyszę jego głos zaczynam się śmiać jak dziecko. Nie wiem dlaczego.
"Incepcja". Nie za bardzo pamiętam co się tam działo, ale wyszedłem z kina (tak! Z kina!) z wielkim mętlikiem w głowie. Podobnie było z "Wyspą Tajemnic". Wspaniałe jest to, że twórcy umieją stworzyć jeszcze coś oryginalnego, nawet kosztem bólu głowy (no bo przecież nie zostawię filmu bez rozwiązania).
"Batman: Mroczny Rycerz" to z kolei przykład filmu akcji. Dobrze, że zmieniono wizerunek Batmana z nieudacznego, śmiesznego, kreskówkowego ludka na poważnego, sprawnego i umięśnionego bohatera. Dzieło to nie ciągnie nas za rączkę, ale pozwala czerpać radość z tego, że musimy myśleć. Do tego Joker zagrany przez Heatha Ledgera to postać, której po prostu chcemy nakopać do dupy (sam aktor chyba nie żyje, szkoda, naprawdę).
W dalszym ciągu opiszę "Gwiezdne Wojny". Jeszcze kilka tygodni nie myślałbym, żeby wspomnieć o tym filmie, ale skłonił mnie do tego Ted Mosby, bohater serialu "Jak poznałem waszą matkę". Kiedy obejrzałem cześć "Wojny Klonów" spodobało mi się. Długie historie zawsze mają to do siebie, że trudno jest się do nich przekonać. Miałem tak nie tylko z tą sagą, ale też z wieloma grami, m.in. serią The Elder Scrolls. Ale wracając do tematu- świat, jaki znałem tylko z opowiadań i kreskówek naprawdę przemówił do mnie. I... to by było na tyle z filmów.
Teraz kolej na....SERIALE!:
"Klan", "M jak Miłość", "Moda na sukces". Każdego z nich równie nienawidzę. Pierwszego głównie za grę aktorów, drugiego za to, że próbuję być dobrym filmem, a takim nie jest, a trzeciego za "wymijanie się" podczas każdej rozmowy (niektórzy może mają na tyle tęgie umysły, żeby rozpracować o co mi chodzi).
W kolejnym dłuższym punkcie chciałem wspomnieć o "Świecie według Kiepskich". Według mnie to jedna z lepszych polskich komedii, głównie za to, że ukazuję wady i bolączki naszego narodu. Cieszy mnie też to, że z początkowo głupkowatego stylu wyrosło z tego serialu coś na wzór "Świata według Bundych".
No właśnie. "Świat według Bundych". Właściwie to widząc pierwszy raz ten serial, wiedziałem, że go pokocham. Uwielbiam taki statyczny humor, a'la amerykańscy komicy.
"Pierwsza Miłość". Dobrze, że w moim poście znajdzie się chociaż jeden dobry, polski serial obyczajowy. Dobrze, że tu aktorzy nie próbują dorastać do pięt mistrzom. Dobrze, że kamery się nie trzęsą. ("Linia Życia" arrrrgh)
"Jak poznałem waszą matkę". Nie wiem zupełnie co napisać. Niby jest słabo, bo fabuła jest skromnie pisząc...nijaka, a do tego zawiła, ale wciąga! Czasami odcinki prezentują recykling lecz to, że Ted (główny bohater) próbuję znaleźć kobietę na całe życie pozwoliło mi odnaleźć w nim siebie.
Lubiane w szerokim gronie odbiorców "Pingwiny z Madagaskaru" to dla mnie zwyczajna nuuuuda. Po 5 odcinkach oglądając to zwyczajnie czułem się jakbym wyjątkowo tracił czas.
To by było na tyle. Na końcu nie za bardzo chciało mi się rozpisywać (może dlatego, że nie mam czasu). Mam nadzieję iż nie popełniłem zbyt wielu błędów ortograficznych i gramatycznych.
Lecę uczyć się geografii. Pojebana pani Elvis robi sprawdzian.
Na razie.
Komentarze
Prześlij komentarz