Od nowa i od nowa, bez końca

Tragedia. Bal gimnazjalny, który miał przejść do historii zakończył się beznadziejnie. Przynajmniej dla mnie. I chyba tylko dla mnie.
Zacznę od początku
Jak zwykle rano wstałem, umyłem się i ubrałem. Potem intensywnie szykowałem się do wyjścia na 15:40. Prasowałem sobie koszulę, pastowałem buty. Byłem wtedy taki podniecony. Niestety matka już na początku zepsuła mi nieco humor rachunkami. Nie wiem w czym zawiniłem.
Potem poszedłem z kolegami do Teatru Muzycznego na Skłodowskiej-Curie. Oczywiście na trzeźwo nie dałbym rady dobrze się bawić (może kiedyś mi się to uda, ale wątpię), więc kupiliśmy to co trzeba. Nie byłem pijany, po prostu może bardziej gadatliwy.
Na początku miał być polonez. Szukałem dziewczyny, z którą miałem zatańczyć. Poznałem ją na próbie generalnej. Czułem się wtedy jak śmieć, bo wydawała się obrażona na mnie. Nie wiedziałem znowu w czym zawiniłem. Potem napisała do mnie na Facebooku. Szybko zdobyłem jej numer gadu i telefonu (ma się ten urok osobisty- chwila uśmiechu też się przyda). Po wielu godzinach rozmów okazała się być naprawdę świetną osobą. Może jej się podobam? W każdym razie to już nieaktualne, spieprzyłem po całości.
No to jak pisałem znalazłem ją i zatańczyliśmy jakoś tego poloneza. Było bardzo mało miejsca, ale się udało. Po wszystkim próbowałem z nią gadać, żeby podtrzymać znajomość, ale nie było zbyt wiele okazji.
Rodzice wyszli (mojej matki na szczęście nie było). Rozpoczęła się dyskoteka, ale najpierw dostaliśmy jakieś jedzenie. Świetni koledzy z gimnazjum oczywiście szybko odebrali mi ochotę (sos z sokiem, kartka przylepiona na masło do ściany itp.). Nie miałem odwagi zatańczyć.
Potem stało się najgorsze. Wszyscy szli na górę (sala balowa była pod ziemią), to i ja za nimi. Jestem na górze, a tam Ogórek (taki ciota) z moimi butami w ręce (przyniosłem siatkę z eleganckimi butami, aby je zmienić, a potem zimowe zostawiłem w siatce w szatni). Podchodzę i dostaje je w ręce i widzę nauczycielkę niosącą moją siatkę, więc pytam się o co kaman. Wyszło na to, że KTOŚ podrzucił mi pół litra jakiejś wódki do siatki z butami (ekhem...). Potem zjawiła się moja wychowawczyni i powiedziała, że pod koniec balu ma się pojawić moja i Ogórka matka. Byłem zupełnie zdezorientowany. Krzyczałem, że ktoś mi to podrzucił, ale mi nie wierzyli. Trudno, żeby było inaczej.
Całe następne kilka godzin byłem roztrzęsiony. Ta ciota zza krzaka (Adam G., inaczej Ogórek) nie chciała powiedzieć co to miało znaczyć. Na szczęście jakoś koło 21 poszedłem na parkiet i zapomniałem o całej sprawie. Następnie zaprosiłem do tańca wyraźnie smutną Justynę (tą dziewczynę, z którą tańczyłem poloneza). Myślę, że humor jej się poprawił, chociaż tak psułem nasz taniec, że szok. Myślę, że czekała aż zaproszę ją do tańca. Nie wiem zupełnie co o tym myśleć.
Jakiś czas później zaprosiłem do tańca....Anię! Tak tą Anię! Reakcje miałem mieszane. Dlaczego? Może dlatego, że wyglądała brzydziej niż zwykle. Nie umiała nałożyć sobie makijażu. Rozbawiło mnie to trochę. Może to też świadczyć o jej niskiej samoocenie i myśleniu, że jest brzydka. Musiała to zakryć toną tapety.
Z nią poszło chyba jeszcze gorzej, ponieważ bardziej się stresowałem. Trochę z nią pogadałem, ale nic konkretnego z tego nie wyszło.
Zaskarbiałem sobie lubienie innych, bo ciągle zamawiałem u DJa muzykę. Nie byłem taki samolubny, najczęściej to było  "Od chłopaków z IIIa dla dziewczyn z..."
Jakoś po 22 miałem już zdarte gardło. Nie wiedziałem co się dzieje i byłem zmęczony. Myślę, że to była najlepsza impreza w moim życiu (do tego momentu) (poza tym nie było ich za wiele).
Niestety koło 23:20 przyjechała moja matka. Wychowawczyni i Ogórek szybko zjawili się i była gadanina. Szala dzięki moim dyplomatycznym zabiegom szybko przechyliła się na moją stronę (nie mogło być inaczej). Nawet matka mnie broniła, chociaż u niej to baaaaaardzo rzadkie. Można by nawet rzec, że ona nigdy nie stała po mojej stronie.
Potem doszedł dyrektor, który jeszcze pogrążył tego cwela. Niestety wychowawczyni nie chciała uwierzyć, że to Ogórek kupił ten alkohol. No bo to nie on. Ja wiem kto, ale nie chciałem nic mówić. Oczywiście zwaliłem wszystko na Adama, bo on i tak już był pogrążony.
Pojechałem do domu z matką i bratem w miarę spokojnej atmosferze. Niestety w domu szybko przypomniały się moje wcześniejsze występki. Byłem szczery, co spowodowało u niej napad agresji (i tak się nie zmienię). Położyłem się do łóżka, ale nie mogłem zasnąć. Otworzyłem na max okno i w końcu się udało. Rano obudziła mnie matka, która je zamykała. Znowu rozpoczęła się awantura. Ja przyjmowałem postawę bierną (gardło mnie bolało, inaczej nie mógłbym pohamować emocji), tylko czasem dołożyłem jakieś słówko. W końcu nie wytrzymałem i z moich oczu pociekły łzy. Matka się odczepiła (ona ma chyba schizofrenię) i pozwoliła mi nie iść nawet do szkoły, ale i tak idę do lekarza po zwolnienie na cały rok z w-fu. Boję się, że jak wróci do domu to odzyska humorek.
To wydarzenie nie pozwala mi myśleć o dobrych stronach wczorajszego dnia. Chciałbym napisać teraz coś poetyckiego lub mądrego, ale jedyne co mogę teraz to wyjebać kwiatki za okno.
Jutro w szkole czeka mnie wykładzik. Pora się przygotować. Najlepiej schować się pod ziemię i nie zadawać z nikim.
Linkin Park- One step Closer REANIMATION Remix
Gotye- Eyes Wide Open

Mam dość tych jebanych przyjaciół i nieprzyjaciół. W sumie to nie widzę różnicy pomiędzy jednymi, a drugimi . Pojęcia się zatarły dzięki tym błaznom.
Jak można być człowiekiem, który chce dla drugiego źle? Ja nawet dla najgorszych wrogów nie chce krzywdy, ale jak ktoś mnie ostro wkurzy to agresja działa szybciej niż cokolwiek innego. Potem muszę liczyć się jednak z tym, że odpowiedź drugiej osoby będzie silniejsza od mojej.
Skończył się spokojny Sebastianek, mam dość tego świata, wytrzymywałem długo, ale już mi wszystko jedno. Niech wszyscy liczą się lepiej ze mną, bo naprawdę, o to w tym wszystkim chodzi. Chciałbym mieć za przyjaciół (tych prawdziwych) wszystkich ludzi. Chciałbym.

Komentarze